wtorek, 23 maja 2017

Obrazki z weekendu

Jak kwiecień i maj do tej pory były najsuchsze w dziejach, tak w końcu sobie popadało, ale nie za dużo, bo ziemia dalej sucha. W każdym razie, bez zbędnych wyrzutów sumienia mogliśmy sobie jechać na zakupy, bo jak słońce świeci to zawsze szkoda marnować piękny dzień na zakupy. Tak że spędziliśmy cały niemal dzień w Ikei, ja tego mojego Chłopa kiedyś zabiję i tyle go będzie, bo ileż można stac i się gapić na żarówki??
W każdym razie relacji z tego przybytku Wam oszczędzę, a pokażę za to zwierzęta, które w sobotę dla Was sfotografowałam.

Dwa koty


Jasio Wędrowniczek


Jego Braciszek Franciszek Powolny


I młodsza siostrzyczka Hela Nieśpieszna


A także Antoni Bezdomny 


Pozdrawiam z ciepłej choć nie-za-słonecznej Szkocji :-)

poniedziałek, 22 maja 2017

Tylko dom i dom, a zwierzęta gdzie?

Szkoda mi tych moich zwierzaków, bo co sobie gdzieś kąt zorganizują to im się to zabiera i przestawia. Na przykład pokój, w którym były na początku, musieliśmy opróżnić na czas wstawiania szafy, więc kociarstwo zostało przeniesione do pustej sypialni gościnnej na tym samym piętrze. No i po tych dwóch tygodniach, jak się już zadomowiły to ich znowu przenieśliśmy z powrotem. Tym razem nie tymczasowo już, ale na stałe. Tak że drapak, zabawki, domek do spania i kocyki powędrowały do żółtego pokoju, gdzie mogą sobie nawet spać na łóżku. Miski z jedzeniem i fontanna z wodą trafiły już na miejsce stałe w kuchni. Kuweta stoi jeszcze gdzie stała, ale od kilku dni nie zaobserwowałam żadnych ruchów wewnętrzych, a żwirek gładziutki i pachnący, nie ruszany. Bo Moi Drodzy, moje koty są wychodzące już od trzynastego maja!
A było to tak, że pogoda była piękna, więc otworzyłam drzwi salonowe, a one powoli, ostrożnie, powychodziły na chwilę, żeby zaraz powracać. Pokazałam im też, że klapka jest już do użycia, więc zaczęły sobie swobodnie wychodzić, nie chciały na dworze przebywać za długo na początku, ale już teraz po tych dziesięciu dniach poczynają sobie całkiem swobodnie, Tiguś na przykład dzisiaj rano przegonił białego kota z posesji. Trochę mi go żal, bo jest mu ciężko się przecisnąć przez klapkę, nie że jest za duży, bo wiadomo że kot się wszędzie wciśnie, ale jakoś mu ciężko zginać łapy w kolanach. Bo kot wychodzi tak, że wciska najpierw głowę, potem przednie łapy i gdy te łapy dotkną gruntu, podkurcza po kolei tylne łapy i odpycha się nimi żeby wypchnąć całego kota. Tiggy tego zrobić nie może, więc musiał sobie opracować inną metodę, czyli zamiast odpychać się tylnymi łapami, uchyla przednie, czyli robi jakby pompkę, wskutek czego ciało przeciska mu się z wyprostowanymi tylnymi łapami. Może kiedyś sfilmuję to zobaczycie różnicę. Wydaje mi się, że Tiguś może mieć już artretyzm, w końcu to już senior. Zapytam weterynarza przy następnej kontroli, bo to kot nadal aktywny, choć lubi sobie coraz dłużej i częściej poodpoczywać.
Śmieszne jest obserwować, jak koty wracają do domu. Pokażę Wam na podstawie poniższego obrazka. To jest obszar o którym mowa:


A tak one wracajo do domu:


Przy czym Tiguś niekiedy nie wraca, wskakuje sobie na parapet zewnętrzy i sobie tam leży. Ciepło mu, bo to południowa strona, więc słoneczko świeci niemal cały dzień (jak w ogóle świeci, bo to wiadomo, Szkocja).
Koty śpią w domu gdzie chcą, najczęściej jedno na drapaku a drugie w domku, czasami na sofie. Kiedy remontowaliśmy żółty pokój, zdjęliśmy z łóżka osłonę materaca, która jest po prostu pianką memory foam (po polsku chyba termoelastyczna) i położyliśmy tymczasowo w gabinecie na starym biurku, które ma być w przyszłości wyniesione do garażu. Od razu pianka została  zaadoptowana przez Tigusia, któru zrobił sobie tam permanentne łóżko, więc nakryłam to kocykiem, niech ma na razie.
Po wczorajszej ponownej przeprowadzce z pokoju do pokoju Migusia trochę się boczyła. Spędziła wieczór pod biurkiem w gabinecie, ale znudziło jej się, więc sobie poszła na podwórko. Biedna, myślała pewnie, że jak opróżniliśmy pokój to znowu się będziemy przeprowadzać :-) Chłop poszedł do starego domu coś tam przynieść, a kiedy wrócił, oznajmił że widział oba koty nad stawem. Bo od frontowej strony domu mamy staw, ścieżka prowadzi dosłownie spod domu. Zdziwiłam się trochę, bo że Tiggy tam się zapuszcza to podejrzewałam, ale że Migusia to nigdy. Późno już było, poszłąm sobie pod prysznic, wychodze i słyszę nagłe wrzaski Chłopa. Wypadam z łazienki, patrze, a tam w gabinecie dantejskie sceny. Chłop trzepie coś z biurka, z krzesła, z siebie, och ach, ten kot jest cały usyfiony! Wskoczył mu na kolana a z kolan na biurko i teraz sodomia i gomoria, bo wszystko utytłane błotem! No to ja za kota niewiele myśląc i pod prysznic, bo rzeczywiście, łapy aż po kolana w błocie, całe schody aż do piętra wysmarowane. A ten cholerny prysznic, jak zwykle to korek normalnie się zatyka i stoi się po kostki w wiodzie, to teraz nie chciał za cholerę się zatkać, a plan miałam taki żeby napuścić trochę wody i wsadzić tam kota żeby tylko dół łapek z błota umyć. A dzie tam! Ja wodę do brodziku, kota do wody, a tam woidy już nie ma. I tak ze trzy razy. Zamknęłam kabinę w końcu z kotem, odwracam się i wrzeszczę do Chłopa, żeby przylazł na pomoc, no to ten leci, ale zanim doleciał to kot już z prysznica wyskoczył, do teraz nie wiem jak, i wysmarował całą podłogę w łazience zanim go dorwałam. Złapałam za fraki i niezadowolonego zaniosłam na dół, po drodze łapiąc ze schodów czarną koszukę Chłopa, którą ten był sobie przygotował do zniesienia do prania. W kuchni rzuciłam koszulkę na podłogę i wytarłam w nią kocie łapy. Wyglądało to tak, że trzymając w dwóch rękach drącego się kota przesuwałam jego zesztywniałe ze strachu łapy po czarnej koszulce. Na szczęście łapy były na tyle sztywne, że udało mi się usunąć część błota spod spodu, resztę pozostawiając obrażonemu czworonogowi do samowyczyszczenia.
Po czym zamiast do łóżka, udałam się do usuwania skutków katastrofy. Prywatna inwestygacja nie udowodniła wprawdzie, niemniej jednak z wielkim prawdopodobieństwem założyła, że musiał biedak za blisko wody podejść, a najpewniej pośliznął się na drewnianym pomoście i wpadł dwoma łapami do wody, która przy brzegu ma ze dwa centymetry. Po czym tak się przeraził, że w te pędy pognał do domu, tak że błoto nie zdążyło na nieszczęśniku wyschnąć. Ciekawe czy da to mu coś do myślenia??


piątek, 19 maja 2017

Humor na piątek

Misz masz, co tam mi ciekawszego wpadło. Zapraszam!


*****
Przychodzi facet do monopolowego:
- Ma pani czystą?
- A gówno cie to obchodzi, zboczeńcu!


*****
Mama wysyła Jasia do sklepu:
- Jasiu, kup makaron włoski, tylko pamiętaj żeby był na jajkach.
Idzie Jasio do sklepu i se powtarza: makaron włoski na jajkach, makaron włoski na jajkach, włoski na jajkach... Wchodzi do sklepu i pyta:
- Ma pani włoski na jajkach?


*****
Spotykają się dwie koleżanki. Jedna pyta drugiej:
- A jak ci się z ukochanym układa?
- Już go nie mam.
- Ale jak to, przecież mówiłaś, że "ma to coś"...
- Tak, miał, ale już to wydaliśmy.


*****
Wieczór. Rozmawiają dwaj nieznajomi przy barze. Jeden mówi do drugiego:
- Podobno dzisiaj w nocy będzie Zimna Zośka.
- ...a u mnie w domu tylko Wkurwiona Krystyna...


*****
Rodzice z synkiem wybrali się do cyrku. Kiedy tata poszedł kupić słodycze, na arenę wkroczył słoń. Chłopiec wstaje i zaaferowany woła do mamy:
- Mamo, mamo, a co to jest??
- To jest ogon słonia.
- Ale nie to, to takie pod spodem!?
- Aaaaa.... toooo... to nic takiego, synku - odpowiada mama.
Wraca tata, ze słodyczami ale bez napoi, więc po napoje idzie mama. Synek nie daje za wygraną i pyta wskazując na słonia:
- Tato, ale co to jest?
- To jest ogon.
- Ale to pod spodem!?
- A to jest siusiak słonia, synku.
- A mama powiedziała, że to nic takiego.
Ojciec z dumą rozpiera się w krześle i mówi:
- No cóż, synku. Tatuś trochę mamusię rozpuścił...


*****
Poznali się w sanatoriu.
Pierwszego dnia pogładził ją po dłoni.
Drugiego dnia chwycił za rękę.
Trzeciego dnia, kiedy objął ją w talii, zapytała rozdrażniona:
- A ty myślisz, że ja tu na pół roku przyjechałam?


*****
W sądzie.
- Baco, a czym zabiliście sąsiada?
- A synecką, Wysoki Sądzie.
- A wieprzową czy wołową?
- Kolejową.


*****
Sprawa oparła się o sąd. Sędzia zapytuje oskarżoną:
- To co pani ukradła?
- Puszkę brzoskwiń, Wysoki Sądzie.
- A ile tych brzoskwiń było w puszce
- 6 sztuk.
- Czyn jest o bardzo niskiej szkodliwości społecznej, ale prawo jest prawem. Za każdą brzoskwinię zasądzam jeden dzień aresztu.
Naglew na sali poruszenie, mężczyzna przedziera się do sędziego.
- Wysoki Sądzie, jestem jej mężem.
- I co, nie wytrzyma pan bez żony sześć dni?
- Nie o to chodzi, Wysoki Sądzie. Ona podpieprzyła jeszcze torebkę maku!


*****
Dopiekło facetowi życie, postanowił się powiesić. Kupił linę, zmajstrował stryczek, przewiesił go przez żyrandol, wszedł na stołek, założył stryczek na szyję, patrzy na pokój ostatni raz i nagle zauważa niedopitą butelke wódki na szafie.
- Co się ma wódka zmarnować - myśli sobie.
Wysunął głowę ze stryczka, przystawił stołek do szafy, sięga po wódkę, patrzy a tam zapomniana paczka papierosów.
- O! - pomyślał. - I życie zaczyna się układać.



Miłego weekendu!





czwartek, 18 maja 2017

W naszym ogródeczku zrobimy porządki

Ogród chcieliście zobaczyć? To proszę.

Tak wygląda kawałek ogrodu przed wejściem kuchennym.


A to ścieżka z parkingu przed garażem. Nikt normalny przecież w garażu samochodu nie trzyma, garaż służy do przechowywania klamotów. Te niebieskie doniczki i ta wielka brązowa to nasze. 


A to ścieżka do drzwi z salonu na "patio". Kurde, jakie patio??


To przydomowe chaszcze, te same co na zdjęciu Numer Jeden, tylko z innej strony.


A tu jeszcze raz widok na "patio". Które kiedyś będzie. 


A tu widok z patio. 


I jeszcze raz chaszcze, z innej strony.


I taki to ja mam, Proszę Państwa ogród. 
Chcę patio do posiedzenia, bo lubię jeść na zewnątrz jak jest ładna pogoda. I chcę trawę, bo lubię rzucić się na nią po powrocie z pracy, jak jest słonecznie. I chcę kilka krzaków róż, bo co to za dom bez róż??


środa, 17 maja 2017

O dekorowaniu

Cholerną klatkę schodową malowaliśmy z Chłopem dwa dni. Dodając to co zrobił wcześniej Syn, będzie trzy dni. A i tak nie do końca zrobione. Trzeba teraz powyczyszczać miejsca, które zostały pomaźglane niebieską farbą przez poprzednich właścicieli. Wiecie, kąty przy oknach, ramy drzwi i tak dalej. Wyczyściłam już parter i kawałek piętra oraz wszystkie kontakty. Z tymi kontaktami to też były jaja, bo poodkręcałam je do malowania, ale okazało się, że niektóre siedziały w źle powycinanych dziurach, które to dziury były pozaklejane silikonem, a kiedy je odkręcałam to silikon wypadł powstałe na nowo dziury musiałam pozaklejać mazią gipsową. No ale to już historia, bo wszystko się udało i kontakty są teraz jak nowe.
Myślicie pewnie, dlaczego Chłop się tym nie zajmuje, tylko ja? No bo ja to lubię robić. Lubię rozkręcać i skręcać z powrotem. Chłop zajmuje się montowaniem szafy i wierceniem w ścianach, kablami i prądem. No i przenoszeniem ciężkich rzeczy. W ogóle to każdy robi to co lubi, a czasami pomagamy sobie nawzajem coś przytrzymać na przykład czy przesunąć, czy po prostu nie ma możliwości fizycznych jak na przykład w weekend, gdy Chłop malował ściany dla mnie niedostępne.
Wczoraj zawiesiłam zasłony w salonie. Zajęło mi to ze dwie godziny, bo ja z zasłonami nigdy nie miałam do czynienia, zawsze w domu miałam tylko rolety. To dopiero były jaja!
Rozłożyłam se ja pierwszą zasłonę na stole, kombinuję jak się do tego zabrać. Wcześniej obejrzałam film instruktażowy, facetowi to zajęło pięć minut to sobie myślę, łatwa robota, easy peasy jak to u nas mówią. Najpierw nalezy pomarszczyć taśmę. Musiałam pokombinować, jak znaleźć te sznureczki, co to je trzeba zawiązać żeby się trzymało. Znalazłam, powyciągałam, naciągam. Pomarszczyłam sobie co miałam pomarszczyć, dochodzę do końca zasłony, a tam co? Sznureczki się pogubiły! Wzięłam je i powciągałam do środka, bo przeciez niezabezpieczone były. Miałam je NAJPIERW zawiązać z jednej strony, a potem pomarszczyć. No i jak te durne sznurki z powrotem powciągać, kiedy w chałupie igły nie ma ani nawet szydełka. Znaczy jest ale gdzieś w czeluściach garażu. Pytam Chłopa czy nie widział. Widział, w swoim starym domu. No to ja za rower i do starego domu. Stary dom jest dosłownie tuż za rogiem, z tym że wejście na osiedla jest z drugiej strony, ale to tylko pięć minut rowerem. Tyle że w ciemności, bo moje światła to są takie że je trochę widać, natomiast ja nie widzę nic. No dobra, dałam jakoś radę, znalazłam ten pojemnik z igłami i innymi przydasiami i wracam.
Powciągałam te sznurki z powrotem, zawiązałam, pomarszczyłam, zmierzyłam długość, jaka powinna być po pomarszczeniu zasłony, zawiązałam pozostałe sznureczki z drugiej strony, voila! Parę chwil mi zajęło zaczepianie dwunastu haczyków, bo chciałam je rozmieścić w takiej samej odległości od siebie. Metodą prób i błędów udało się jakoś. Można zawieszać. Ponahaczałam więc te haczyki na te pętelki na karniszu, za pięknie toto nie wyglądało i trochę chyba za bardzo pomarszczyłam bo za wąskie mi wyszło. Ale nic to, poprawimy później, teraz zajmiemy się drugą stroną.
Z drugą zasłoną poszło mi o wiele szybciej, wiadomo, trening czyni mistrza. Za dwieście zasłon może już będę umiała to zrobić w pięć minut jak ten facet na filmie. Tak więc po kolei - sznureczki, marszczenie, haczyki. Zawieszanie na karmiszu. Wydawaje się OK, więc zdjęłam te pierwszą zasłonę żeby ją poprawić. Rozwiązałam sznureczki, poluźniłam, pomarszczyłam ponownie. Zawieszam zasłonę. I w trakcie tego zawieszania pojawił się Chłop.
- No, ładnie i pasują do wystroju.
- Tak, tylko trochę za długie są.
- To może chcesz żebym karnisz przewiesił trochę wyżej?
Na to ja że nie, bo głupio będzie wyglądało. Trzeba będzie znaleźć metodę skrócenia zasłony bez maszyny do szycia albo będą się ciągały po podłodze.
Chłop na to że OK.
- Ale popatrz, tu mi jakoś się tak niefajnie układa - mówię ja.
Chłop patrzy, patrzy, uśmiecha się i mówi:
- Bo Ty, proszę Pani, to źle te haczyki ponaczepiałaś! One mają wchodzić w te specjalne tuneliki na taśmie, a nie na sznurek!
....
Zasłony wiszą już jak trzeba. Okryta hańbą przyznaję - dekorowanie okien to nie moja najsilniejsza strona.


czwartek, 11 maja 2017

Pękłam

Jakoś tak tyle tego się nazbierało ostatnimi czasy, że wczoraj nie wytrzymałam i pękłam. Usiadłam wieczorem na łóżku i się po prostu rozpłakałam. Płakałam tak i płakałam, a Chłop mi ocierał łzy i pocieszał jak to on potrafi najlepiej.
Chyba narzuciłam sobie za duże tempo. No bo tak: w ciągu zaledwie dziesięciu dni pomalowałam osobiście kuchnię ze spiżarnią, sypialnię, salon, dwa pokoje i dwie łazienki. Wyczyściłam dogłębnie największą łazienkę i kuchnię, nawoskowałam podłogi. Do tego dochodzi milion różnych durnych upierdliwych czynności, które należy wykonać przed malowaniem i po malowaniu. A jeszcze mam dwa koty pod opieką i do pracy chodzić muszę. Dzisiaj syn pomalował mi pierwszą warstwą klatkę schodową. Warstw pewnie będzie jeszcze ze dwie, jutro biorę urlop, musze to skończyć, bo inaczej się psychicznie wykończę. My ciągle jeszcze żyjemy na pudełkach.
W dodatku obejrzałam w tym tygodniu dwa bardzo przygnębiające filmy - "The promise" (Przyrzeczenie) i "Their Finest" (Zwyczajna dziewczyna). Pewnie gdybym nie była naturalnie przygnębiona to odebrałabym je inaczej, a tak?
Muszę zwolnić, a jednocześnie chcę się już normalnie wprowadzić i normalnie żyć. Jak to pogodzić??

Przepraszam, ale jutro humoru nie będzie.

środa, 10 maja 2017

O poszanowaniu prywatności

Mało kto nie ma teraz konta na fejzbuku. Niektórzy ludzie spędzają na nim całe dnie i noce, dla niektórych jest to reklama, dla jeszcze innych sposób na zarabianie pieniędzy. Niektórzy zamieszczają post raz na jakiś czas, inni wrzucają bzdurne obrazki po pięćdziesiąt razy na godzinę. Jak to działa tłumaczyć nie będę, bo kto ma ten wie, a kto nie ma bo nie chce to w porządku, ma takie prawo. Ale o motywach tego ostaniego dzisiaj napiszę, bo tak mi sie pomyślało, kiedy weszłam na pewien profil. No bo wchodzę od czasu na profile znajomych, a nawet i nieznajomych, no bo lubię sobie czasami przyszpiegować, wolno mi, nikomu krzywdy nie robię zaglądając na jego fejzbukowy profil, za który odpowiedzialny jest sam właściciel, jak i za to co na nim zamieszcza.
Denerwują mnie teksty osób, które uważają że fejzbuk to zuo, że sodomia i gomoria się na nim szerzy i wszelkie zboczenie też. Jeśli przy tym nie używają to w porządku, ale jak używają namiętnie a potem takie rzeczy opowiadają, to to się nazywa chyba hipokryzja.
Znam osoby, które nie mają konta na fejzbuku, bo nie mają czasu. Są zapracowane, prowadzą firmy, nie widzą potrzeby. Ale znam też i takie, które zakładają sobie fikcyjne konta po to żeby śledzić znajomych i wyciągać z tego różnorakie korzyści, najczęściej z niekorzyścią osoby śledzonej.
Taki jeden na przykład. On sobie właśnie takie konto założył, z fałszywym imieniem, żeby go nikt przypadkiem nie namierzył, bo to miejsce dla świrów jest, a on ceni swą prywatność. Wszystkie brudy pierze się w domu i takie tam, rozumiecie, że żona ma siedzieć cicho jak dostaje po mordzie "bo zupa była za słona", bo jak piśnie to wszyscy usłyszą, a przecież nikt słyszeć nie może bo afera będzie, taki wspaniały ojciec i mąż, a na dzieciach się wyżywa i babę pierze (i gwałci, ale jaki to tam gwałt na żonie, prawda?). No ale jak to zrobi w ciszy, to będzie prywatnie, co nie? A prywatność to on szanuje najbardziej w świecie.
Więc ta jego żona konto na fejzbuku miała, od czasu do czasu jakąś tam fotkę wstawiła z wakacji na przykład, nie dzieci brońboże bo przecież zaraz jacyś zboczeńcy to wykorzystają, ale tak normalnie, męża i żony zdjęcie z wakacji. Oj jaka awantura była! Mąż zażądał natychmiast żeby wszystkie (było jedno!) zdjęcia z jego osobą usunęła, swoje sobie może zamieszczać ile chce, ale jego nie bo on jest osobą prywatną a prywatnoość się szanuje. Żona zdjęcie usunęła, ale było jej przykro, bo męża miała przystojnego, kochała go to i pochwalić się chciała. No cóż, mąż prosi o uszanowanie prywatności to trzeba tę prywatność uszanować. Jakoś nie przyszło jej do głowy, że za dużo tej prywatności w jego życiu było, bo i hasła na telefony, hasła na komputery, nawet hasło na telewizor.
Cóż, rozwiedli się, ten mąż z żoną, jak to czasami bywa. Maż bowiem okazał się ostatnim sq..synem. Nie dość że pił i bił to jeszcze zdradzał. Tak bardzo szanował prywatność, że zwiał nie zostawiając nawet adresu. Zostawił za to nie wyczyszczony komputer, który udało się żonie przy pomocy znajomego informatyka odblokować, a co tam ujrzała to nie będę pisać, bo posądzą mnie o treści pornograficzne.
To niezwykłe poczucie poszanowania prywatności nie pozwoliło mu powstrzymać się przed włamaniem się na konto emailowe byłej już żony, dzięki czemu wiedział o każdym jej kroku i mógł tymi krokami manipulować. Na szczęście zorientowała się dość szybko, tak że nie zdążył jej w życiu za dużo namieszać, ale co przeszła to tylko ona wie i osoby podobnie zmanipulowane. No cóż, było minęło i ten znajomy nie jest już moim znajomym, a tak właściwie nigdy nim nie był. Fejzbuk jednak ułatwia nam życie i sugeruje pewne profile jako osoby nam znajome. Więc dzisiaj mi Fejzbuk zasugerował profil jego nowej kobiety. Kliknęłam, widzę - śliczne fotki z wakacji. Budynki, plaża, hotel. I komentarz pod jednym ze zdjęć - Marakesz. Ach jak pięknie, musicie być tam bardzo szczęśliwi oboje. No faktycznie kurnasz twarz. Nawet kobita nie może pokazać z kim jest na tych wakacjach. A byłego męża pokazywała...


poniedziałek, 8 maja 2017

Prace wrom

Nie śmiejcie się. Już z tej roboty takiej głupawki człowiek dostaje, że nie wie jak się nazywa. No więc prace wrom. Albo wreją. Albo wrzom. Jak komu wygodnie.
W sobotę wykończyłam salon własnymi ręcami. Po ustawieniu sofy wydaje się całkiem całkiem, a jak na ścianie zawisł talewizor to już zrobiło się całkiem znośnie, chociaż telewizor jeszcze nie działa bo pilot gdzieś w pudełku jest. Można go z guzika włączyć, ale ustawienia, z jakimi został poprzednio odłączony, nie pozwalają na odbiór telewizji. No ale to mały pikuś jest, pudło z telewizorowymi rzeczami już znalazłam i przytaszczyłam, tylko jeszcze nie zaglądałm w poszukiwaniu pilota. Najważniejsze, że Główny Odbiorca Robót i Kontroler Jakości Tiggy Tigrzyński telewizor na ścianie zatwierdził i salon w całości zaaprobował.
Również w sobotę wykończyłam pokój żółty, żeby w niedzielę można było zamontować do niego małą szafę, która pochodzi pierwotnie z domu Chłopa i jako że była na rozmiar domu Chłopa robiona, musiała zostać nieco lekko zmodyfikowana, ale tym zajął się ojciec Chłopa. Na tyle się zajął, że zamontował szkielet i powiedział "resztę se sami zróbcie, ja jadę do domu". I zostawił nas z najważniejszą częścią do zrobienia, czego nie byliśmy w stanie wykonać bo zastała nas ciemna północ. Tak że szafa nie skończona, ale nic to, damy radę.
Musze tutaj uchylić kapelusza (lub zdjąć czapkę z głowy) w podziękowaniu Chłopowemu ojcu, który zaoferował pomoc i specjalnie przyjechał ponad trzysta kilometrów żeby co nieco porobić. Tak że zamontował kocią klapkę, przygotował salon i żółty pokój do malowania, a niemało tego było bo pościągął wszystkie karnisze i kaloryfery, powygładzał pozaklejane przeze mnie dziury i pociągnął ściany białą farbą, żeby docelowy kolor lepiej złapał. Oraz rozmontował i częściowo zmontował z powrotem szafę w nowym miejscu. Niby nic, ale. Ojciec Chłopa ma siedemdziesiąt cztery lata i sztuczne biodro, w dodatku opiekuje się żoną chorą na Alzheimera, która na szczęście w robotach nie przeszkadza, ale ma swój rytuał i wszystko musi być o stałych porach, bo jak nie to zaczyna terroryzować otoczenie. A tym wszystkim zajmuje się ojciec Chłopa, bo matka, chociaż ludzi jeszcze rozpoznaje, nie komunikuje się z nikim oprócz męża i chodzi za nim jak cień. Jest to w rzeczywistości bardzo męczące, bo ojciec Chłopa nie ma właściwie żadnego życia poza domem, nie może nigdzie wyjść, bo z nią się nie da, najwyżej do sklepu czy do lekarza. Ma zaoferowaną pomoc specjalistyczną, może codziennie na kilka godzin zawozić żonę do specjalnego ośrodka dziennego, gdzie prowadzone są zajęcia dla takich osób, ale on jakoś się nie kwapi, uważając że jej się to nie spodoba. Coż, nie do mnie należy pouczanie, ale uważam że to zrobiłoby dobrze wszystkim. Może w przyszłości będzie musiał, bo po prostu nie będzie w stanie już podołać. I tak się dziwię, że on jeszcze z tym wszystkim sobie jakoś radzi. Tak że, moja ogromna wdzięczność dla tego człowieka, pomimo, że zostawił nas z niedokończoną szafą ;-)
Co jeszcze się działo tego weekendu?
Pomalowałam dwie łazienki, wcale nie że musiałam, tylko wydawało mi się, że trzeba odświeżyć. No i jedną tak odświeżyłam, że dzisiaj na cito będę musiała jechać do sklepu i kupować farbę, bo ta której użyłam, to jakaś bryndza przeterminowana chyba. Znalazłam pół puszki farby po poprzednich właścicielach,wydawało się, że to ta właściwa, jednak zamiast ładnej jednolitej wartstwy zrobiła wstrętne szare maziaje. I teraz muszę to naprawić, na szczęście to bardzo mała powierzchnia.  
Migusia znalazła sobie azyl w komórce pod schodami, z której prawie nie wychodziła, Tiguś adaptuje się znacznie szybciej, już dzisiaj rano bawił się papierkiem w kuchni. Poza tym, omal nie doszło do tragedii, bo tak łaził po meblach kuchennych i po okapie, że w końcu się pośliznął i spadł, i to wcale nie na cztery łapy tylko na bok. Tak że z tym kotem co spada na cztery łapy to jest bzdura. Bałam się, że sobie coś zrobił, bo wydawało się że utyka, ale wymacałam go dokładnie i wydaje się być ok. Na okap od tej pory nie włazi.
No i to by było na tyle z placu boju.
Pozdrowienia od Tigusia.




sobota, 6 maja 2017

Tak to mniej więcej wygląda

Post w obrazkach. Tak to mniej więcej wygląda.

Schody do nieba. Może i ładny ten niebieski, ale będzie zmieniony na Dulux Jasmine Shimmer (Jaśminowy Blask). 


Jedna z łazienek. Nie używamy na razie, bo nie ma lustra.


Pokój Zielony. To będzie nasz Pokój Gier i Zabaw. Zimna seledynowa zieleń zostanie przemalowana na Soft Peach (Delikatna Brzoskwinka).


Salon. A raczej  podłoga w trakcie woskowania. Się narobiłam. 


Salon przygotowany do malowania. Przygnębiające żółto-niebieskie kolory zostaną zastąpione Blossom White, czyli Kwiecistą Bielą. 


A to nowe łóżko o romantycznej nazwie Mozart z rewelacyjnym w naszej ocenie materacem. Jak Chłop był sceptyczny, tak teraz zastanawia się, kogo nocą bardziej kocha, mnie czy jego, hehe! Purpurowa ściana z tyłu już tam była, została tylko przeze mnie przemalowana tą samą farbą. Pozostałe ściany były beżowe, zastąpiłam je kolorem, który wydawał mi się bardziej współgrający, o wdzięcznej nazwie Almost Oyster czyli Prawie Ostryga.


A to obrazki z piątkowego poranka. Tiggy nie byłby sobą, gdyby nie wdrapał się na meble kuchenne. Przynajmniej powycierał kurze. 



A to Pokój Żółty, albo Koci Pokój. Ten pokój pozostanie albo żółty albo beżowy. Jeszcze się zobaczy. Na zdjęciu, obok łóżka i drapaków, także dwa koty. 


Powiedziałam DWA koty! 


No i to tyle na dzisiaj. Może później pokażę Wam pozostałe pokoje. Tak, bo to nie wszystko...


piątek, 5 maja 2017

Humor na piątek

Robota robotą, a piątek jest tylko raz w tygodniu. No to zapraszam na cotygodniową dawkę humoru :-)

*****
Trzech facetów siedzi w barze i opowiada o tym, co kupili swoim żonom na urodziny.
Pierwszy z nich mówi:
- Ja kupiłem swojej zonie coś, co idzie od 0 do 100 w niecałe 6 sekund.
Pozostali pytają - co to?
- Ach, wiecie, białe Porsche, tak pięknie pasuje do jej blond włosów.
- Za to ja kupiłem swojej żonie coś, co od 0 do 100 potrzebuje zaledwie 4 sekundy - mówi drugi - kupiłem jej Ferrari! Czerwone! Bo tak jej pięknie z jej rudymi, rozwianymi włosami.
Na to trzeci:
- A ja kupiłem żonie coś, co do setki potrzebuje krócej niż sekundę.
- Przesadzasz. Nie ma tak szybkiego samochodu.
- Ale ja nie kupiłem jej samochodu... kupiłem wagę.


*****
Rozmowa dwóch kumpli:
- Słuchaj, jak się nazywa zupa z wielu kur?
- Nie mam pojęcia.
- Rosół Z KUR WIELU.
- Dobre, muszę to opowiedzieć mojemu szefowi.
Drugi dzień w pracy:
- Szefie, a wie szef jak się nazywa zupa z wielu kur?
- Nie wiem.
- Rosół, ty ch*ju!


*****
Żona do męża:
- Nie rozumiem, jak można było się tak uchlać?!
- To była samoobrona!
- Co?!
- Jak przechodziłem obok knajpy, dopadło mnie pragnienie!


 *****
Chłopiec wyznaje na pierwszej spowiedzi przed przystąpieniem do Komunii:
- Pożądałem żony bliźniego swego.
Kapłanowi aż głos odebrało z wrażenia:
- W tym wieku?!
- Tak, bo robi lepsze naleśniki, niż mama.


*****
Żona do męża:
- Gdzie byłeś?
- Z dzieciakami w zoo.
- Widzieliście coś fajnego?
- Tak, lwa. Podszedł do kraty i zrobił głośno "pfffff!"
- Co ty bredzisz? Lwy robią "roooaaaar"!
- Ale ten podszedł tyłem.


*****
Sądzony jest gość podejrzany o morderstwo. Są poszlaki, ale nie ma trupa. Adwokat rozpoczyna przemowę:
- Szanowni przysięgli! Mam dla was niespodziankę - w ciągu jednej minuty drzwi do tej sali przekroczy człowiek, którego uważa się za zamordowanego przez mojego klienta.
I popatrzył na drzwi. Przysięgli, zdziwieni, także się wpatrywali. Minęła minuta i druga, ale nic się nie stało. W końcu adwokat mówi:
- Istotnie, nie byłem szczery. Ale patrzyliście z oczekiwaniem na drzwi. To oznacza, że macie wątpliwości co do winy mojego klienta. Dlatego wnioskuję o rozstrzygnięcie tych wątpliwości na jego korzyść, czyli o uniewinnienie.
Przysięgli udali się na naradę. Po jakimś czasie wracają i ogłaszają werdykt - winny!
Zaskoczony adwokat pyta:
- Ale dlaczego? Przecież wszyscy widzieliśmy, jak wpatrywaliście się w drzwi!
Przewodniczący rady odpowiedział:
- Myśmy się wpatrywali, ale pański klient nie.



I na koniec coś o mnie :-)))


*****
- Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
- Zakochałeś się?
- Wyspałem.


Wesołego weekendu!