piątek, 19 stycznia 2018

Humor na weekend

Chłop ma jakieś tam szkolenie w pracy. Nawet nie wiedziałam, bo się nie chwalił. No ale sie dowiedziałam, bo prawda jak oliwa zawsze na wierzch wypływa :-)
Wczoraj więc, w łóżku już, opowiada. Że w dniu dzisiejszym było o zarządzaniu czasem. 
"I wiesz" - mówi - "okazuje się, że kiedy idziemy spać, przez pierwsze cztery godziny odnawia się organizm. Tyle jest mu potrzebne do regeneracji. A następne cztery potrzebujemy na reset mózgu". " "I Ty mnie właśnie codziennie tego resetu pozbawiasz!" - odparłam zanim zechciał dodać coś jeszcze.
"Jak to? Ja Cię czegoś pozbawiam?"
"A kiedy to niby ja ostatnio miałam osiem godzin snu?"
Kurtyna.

Dzisiaj rano, jak zwykle, czekam na swoje codzienne cappuccino w pracowej kafejce. A Kasia (tak, pracująca w tej kafejce Kasia z Polski), klnie i wyzywa na czym świat stoi, i po polsku i po angielsku. Jej koleżanka puszcza do mnie oko i mówi: "Pokłóciła się z mężem". A Kasia na to:
"Tak, już mu właśnie wysłałam link do artykułu, że od niespania się umiera". 
"Oho" - myślę sobie - "Kasia musi mieć narowistego męża, spać jej nie daje". A Kasia, jakby słysząc moje myśli:
"...Bo on, kuźwa jasna, już od iluś dni ma nocną zmianę, a potem śpi po cztery godzinny dziennie bo myśłi że mu to wystarczy. A dzisiaj to już przegiął zupełnie. Wrócił z nocki o szóstej rano i co? Zamiast do łóżka ciepłego, do żony się przytulić, to co zrobił? Złapał za aparat i zdjęcia pobiegł na Stare Miasto robić! Bo śnieg!!! Ja Wam mówię, on już długo nie pożyje, jak go brak snu nie zabije to ja to osobiście zrobię!"
Kurtyna.

I dzisiaj właśnie w związku ze snem będzie. Zapraszam :-)


*****
Mama śpiewa córeczce piosenkę na dobranoc. Śpiewa po raz drugi, piąty, dziesiąty. Nagle córeczka pyta:
- Mamusiu, kiedy przestaniesz śpiewać bo chcę już iść spać!


*****
Rano żona do śpiącego męża:
- Kochanie, dzwonił budzik.
Zaspany mąż;
- Tak? A co chciał?


*****
W pokoju hotelowym dzwoni telefon. Zaspany gość podnosi słuchawkę:
- Halo, słucham.
- Czy zamawiał pan budzenie na godzinę szóstą?
- Tak.
- To szybko bo już dziewiąta.


*****
- Panie doktorze, każdej nocy śnią mi się nagie dziewczęta, jak wbiegają i wybiegają z pokoju...
- I chce pan, żeby ten sen się nie pojawiał?
- Nie, tylko chcialem spytać, co zrobić, żeby one tak nie trzaskały drzwiami...


*****
Pijany mężczyzna przychodzi do domu, po cichu rozbiera się, na paluszkach przemierza przedpokój, delikatnie otwiera drzwi i nagle na jego głowie ląduje patelnia, a żona zaczyna awanturę. Kilka dni później skruszony opowiada o tym kumplowi. Ten kiwa z politowaniem głową i radzi:
- Stary, ja mam na to sposób. Jak zdarzy mi się popić, to już zbliżając się do domu, głośno śpiewam sprośne piosenki. Wchodzę do mieszkania z hukiem, tak, żeby w całym bloku słyszeli, w kuchni na wszelki wypadek tłukę dwa talerze, a potem wpadam do sypialni rycząc: ”Żono, przygotuj się! Wrócił twój król seksu i ma ochotę na bara - bara!”.
- I co, i co? - dopytuje się kolega.
- Nic. W takich sytuacjach śpi jak zabita.


*****
Listonosz puka do drzwi, nikt nie podchodzi więc przez dłuższą chwilę naciska na dzwonek. W pewnym momencie słychać otwierające się zasuwy i z pewnym mozołem w drzwiach staje kompletnie zaspany facet - ”śpiochy” w oczach, jeden kapeć i szlafrok. Listonosz patrzy na gościa i zanosi się śmiechem! Tak się śmieje, że aż pada na posadzkę klatki. Lekko zdeprymowany facet z nutą niepokoju w głosie pyta:
- Co jest?
Listonosz wstaje z ziemi, obciera oczy rękawem i mówi:
- Panie, wiele rzeczy widziałem, ale żeby ktoś zapiął szlafrok na dwa guziki i jajko to jeszcze nie widziałem!


*****
Dwóch bankierów rozmawia po krachu na giełdzie.
- I co jak przespałeś dzisiejsza noc?
- Jak niemowlę!
- Co? jak niemowlę? Jak to?
- Cala noc płakałem i dwa razy się zesrałem.


Miłego weekendu!




środa, 17 stycznia 2018

Piękna, okrutna i zła.

Dla tych wszystkich, którzy pewnie właśnie teraz słyszą jak to zima zaatakowała i sparaliżowała wyspy brytyjskie.
Wszyscy wiedzieli, że będzie padać. Tak zwany Orange Warning (Pomarańczowy Alert Pogodowy) trąbiono już od niedzieli. Zaczęło sypać w nocy z poniedziałku na wtorek. Oczywiście miałam złą noc, bo jak śnieg pada to wiadomo, samochód trzeba odśnieżyć, ślisko na drodze, trzeba podwójnie uważać i dojazd do pracy trwa dwa razy dłużej. Więc bardzo źle spałam myśląc o tym wszystkim, ale się przygotowałam! Rano założyłam grube skarpetki i do bagażnika wrzuciłam małą miotełkę. Odmiecenie i przeskrobanie szyb zajęło mi niewielką chwilę, bo szron nie był zbyt mocny, natomiast wyjazd z mojej dzielnicy zajął mi z dziesięć minut, bo durne mamuśki oczywiście ruszyły do szkoły z dzieciorami w tym samym czasie i zablokowały drogę wyjazdową z osiedla. Bo przecież nie wysadzi taka jedna z drugą dzieciaka przy szkole, tylko zostawi samochód na środku ulicy, na zakazie parkowania, na pasach, gdziekolwiek, bo musi odprowadzić pod samą bramę i żeby tylko odprowadziła, nie, jeszcze musi sobie podyskutować z inną nawiedzoną mamusią o tym, jaka do dupy pogoda dzisiaj. Bo oczywiście one nie pracują to nikt do pracy się śpieszyć nie musi. No ale. Jak już mi się udało wyjechać na drogę główną to było OK, wszystko posypane, odśnieżone, z wyjątkiem małych dróg osiedlowych i parkingów wszystko czarne. Śnieg sypał ostro, ale raczej się topił na posypanej solą nawierzchni. I nawet znalazłam miejsce na parkingu pracowym, juhu!
Około południa szef wsadził głowę w drzwi i powiedział, żeby jechać do domu wcześniej jakby co bo będzie padać. Pięć minut przed piątą Stefka wyjrzała przez okno i zaniemówiła. "To nie jest Edynburski śnieg" - powiedziała grobowym tonem - "to jest jakaś akopaliksa (nie poprawiać!), lepiej się zbieraj" No to się zebrałam, po czym schodząc po schodach na dół zrobiłam to zdjęcie:


I puściłam szybko na fejzbuka, jak to ja niby do domu mam dojechać w takich warunkach.
Po drodze na parking zrobiłam kolejne zdjęcia. 


Nie było przyjemnie fotografować ten kataklizm, bo piździło i śnieg mi maskarę na oczach rozpuszczał, więc o odrobinę uznania dla bohaterstwa mego proszę. 


Dobrze że miałam w bagażniku nieocenioną miotełkę, bo mój samochód wyglądał tak:


A potem musiałam jechać po tym białym gównie. Już miałam w pory narobić ze strachu, ale nie narobiłam, bo ujrzałam czarne na głównej drodze.


Śnieg walił dość mocno, było go na tyle dużo, że nie zdążał się rozpuszczać na jezdni i zaczęło się leciutkie błoto pośniegowe robić, czego nienawidzę, ale nie było żadnego problemu. Jechało się wolno, bo wszyscy byli raczej ostrożni, z wyjątkiem niestety przechodniów, bo oni mają w dupie czy ślisko na drodze czy samochód zdąży zahamować przed przebiegającym na autobus wprost przed twoim samochodem debilem.
A jak dojechałam do domu to było przepięknie. Po raz pierwszy w nowym miejscu zobaczyłam śnieg. Droga dziewicza, nie skażona śladami. Dopiero ja zniszczyłam tę urzekającą czystą biel.



O. Tyle było śniegu na śmietniku wczoraj o osiemnastej.  


A tyle w ogrodzie.


I nawet mój przydomowy Budda dostał dawkę. 


Niestety, pół godziny później śnieżyca się rozszalała znowu i była na tyle silna i porywista, że zrezygnowaliśmy z Chłopem z badmintona. Nikt nie będzie ryzykował stłuczki dla dwóch godzin biegania za lotką. A dzisiaj rano tepmeratura leciutko się podniosła i parking przed pracą wyglądał tak:



Zima się jeszcze nie skończyła, dzisiaj ma znowu padać i jutro i przez kilka kolejnych dni. W moim rejonie nie było tak źle, ale w Scottish Borders na południu zamknięto szkoły, bo warunki są tam naprawdę złe. Przypomnę, że Szkocja (i cała Wielka Brytania zresztą) to teren raczej górzysty i pagórkowaty, więc przy dużych opadach naprawdę nietrudno o chaos na drogach. Wystarczy że samochód nie będzie w stanie podjechać pod górę. A w dodatku jak będzie to ciężarówka. Dlatego też zdarzają się sytuacje jak ubiegłej nocy, kiedy to wielu ludzi ugrzęzło na osiem godzin w drodze do domu, kiedy to ciężarówka ześlizgnęła się z drogi i zablokowała ją całą. I żadne służby nie mogły nawet dojechać z pomocą.  Tak tu bywa. Na szczęście ja mieszkam w troszkę bardziej przyjaznej okolicy, chociaż w razie dużych opadów zdarza się, że niektóre samochody nie mogą podjechać w górę po zjeździe z autostrady. Kto ma sportowy samochód z napędem na tył albo Mini, ten wie o czym mówię.

A na koniec, żeby nie było, że tylko okrutna jest ta zima i zła, ona bywa również piękna. Zobaczcie zdjęcia poniżej:


Był wieczór, robię sobie coś tam, już nie pamiętam co, na dole w domu, aż tu nagle słyszę wrzask Chłopa. Że mam natychmiast przyjść. "Co jest kurde", myślę sobie, ale jak wrzeszczy to posłusznie lecę na górę, jeszcze se co przytrzasnął albo przyciął. A on zatrzymuje mnie przy wejściu do pokoju i mówi: "Czy uważasz, że istnieje coś piękniejszego od natury?". Zdębiałam. Chce mi powiedzieć, że jestem najpiękniejsza w naturze, znaczy mam się nie odchudzać, czy jak? Mówię, że chyba nie. A on mnie odwraca do okna i mówi: " No to zobacz". Czy nie przepiękne?


Nie da się, po prostu się nie da zrobić dobrze tego wzoru, który nam mróz na szybie wymalował. Ale może jak sobie powiększycie to coś tam dojrzycie. 
A tu następne okno.


I jeszcze inne:



I czwarte.


I jeszcze raz raz trzecie. 


I ponownie w sypialni. 


I bez lampy błyskowej. Piękne, prawda?



piątek, 12 stycznia 2018

Humor na weekend

Dzisiaj, zgodnie z tym, że przecież jest zima, czy śnieg jest czy go ni ma :-)


Zapraszam.


*****
Sekretarka mówi do zapracowanego biznesmana:
- Panie prezesie, zima przyszła!
- Nie mam teraz czasu, powiedz jej żeby przyszła jutro! A najlepiej niech wcześniej zadzwoni, to umówisz ją na konkretną godzinę.


*****
Środek mroźnej i śnieżnej zimy. Pada śnieg. Zajęcia na Politechnice - w pewnym momencie przez radiowęzeł słychać ogłoszenie:
- Dzień dobry. Tutaj obsługa pługa. Czy studenci, którzy zaparkowali swoje auta przed wjazdem na teren Politechniki mogą przesunąć swoje auta, abyśmy mogli zacząć odśnieżanie?
Piętnaście minut później:
- Dzień dobry. Mówi Rektor. Czy dwustu studentów, którzy poszli przestawić pięć samochodów możne wrócić na zajęcia?


*****
Morze Północne, duje lodowaty wicher. Na pokładzie statku stoi dwóch marynarzy.
- W taką pogodę z gołą głową? Gdzie masz swoje nauszniki?
- Od czasu nieszczęśliwego wypadku już ich nie noszę.
- Jakiego nieszczęśliwego wypadku?
- Kumpel zapraszał na wódkę, a ja nie słyszałem.


*****
Gdzieś daleko na biegunie południowym idą sobie po krze niedźwiedzica z niedźwiedziątkiem. No i maluch pyta:
- Mamo, czy ja jestem miś Grizzly?
- Nie syneczku, ty jesteś miś polarny.
Po jakimś czasie.
- Mamo, czy ja jestem miś brunatny?
- Nie mój drogi, ty jesteś miś polarny.
Znowu po chwili.
- Mamo,a może ja jestem miś koala?
- Nie moje dziecko, ty na pewno jesteś miś polarny.
Po chwili zastanowienia miś mówi:
- To dlaczego jest mi tak zimno, do cholery?


*****
Przyjeżdża Afrykanin na wakacje, ze studiów z Warszawy, do Beazzaville, stolicy ojczyzny swej, Konga.
- Jak tam w tej Rzeczypospolitej Polskiej, M’Benga? - pyta ojciec.
- Dobrze.
- Poziom nauki zbliżony do tego w Oxfordzie, gdzie pogłębia swą wiedzę twój brat, M’Banga?
- Większy.
- A czy białe kobiety są nadal takie piękne, jak w latach siedemdziesiątych, gdy ja tam pobierałem nauki?
- Oczywiście.
- A co sądzisz o polskiej zimie?
- Ta zielona to jeszcze może być, ale tej białej drugi raz mogę nie przeżyć.


*****
Kłóci się Rosjanin, Norweg i Polak, gdzie są sroższe zimy. Ruski mówi:
- U nas to była taka zima, że jak splunąłeś, to na ziemię spadała bryłka lodu.
Na to Norweg:
- A u nas była taka zima, ze Golfsztrom zamarzł.
A Polak:
- A dobrze mu tak, Żydowi!


*****
Zima, Alpy, stok. Facet rusza z góry, odbija się kijkami i jedzie na bombę.
Nagle podskakuje na muldzie, obraca go, leci, koziołkuje, w tumanie śniegu wali w drzewo... Kijki w jedną, narty w drugą, gość rozwalony, zęby wybite, krew z nosa, nogi poskręcane w dziwny sposób. Otwiera nieprzytomne oczy, wciąga górskie powietrze i mówi:
- I ch*j, i tak lepiej niż w pracy!



I na deser - co Wy w ogóle wiecie o zimie?....











Udanego weekendu!


czwartek, 11 stycznia 2018

Krótko

Styczeń jest, więc moge sie już Wam pochwalić. Zaczęłam poszukiwania wakacji. Wakacje mają być szczególne, takie jakich nigdy nie miałam i już nigdy nie będę miała. I mają być w maju. I wiecie co? Już się cieszę :-)



środa, 10 stycznia 2018

Świat się prawie skończył

Świat się prawie skończył, bo z końcem świąt wszystko jakoś tak inaczej wygląda, łyso i ponuro na ulicach, nic nie błyszczy, nie świeci... ale trzeba to ciągnąć dalej. W sobotę otóż minął czas regulaminowych dekoracji świątecznych, kto zostawił cokolwiek to będzie miał pecha przez cały rok! Taka u nas tradycja że Boże Narodzenie tylko do Trzech Króli. Właściwie to nikt tutaj nie wie dlaczego i co to te trzy króle, ale wszyscy jak jeden mąż ściągają te wszystkie światełka i błyskotki, pakują choinki w pudełka albo wystawiają je koło śmietników, jeśli były "żywe" (w cudzysłowie, bo co to za żywa choinka, kiedy już nie żyje, bo ją uciupali od korzenia). Albo rąbią na kawałki i wrzucają do kosza na odpady ogrodowe, jak ja. Ale raczej nie, bo ludzie to leniwe są, wezmą i wystawią całe drzewko i niech sobie czeka na specjalną wywózkę. Na szczęście u mnie służby komunalne działaja dość prężnie i dzisiaj choinki odbierane są z posesji. Moja w kawałkach też pojedzie dziś do choinkowego nieba.
Ale ja nie o tym chciałam, tylko o pogodzie. Niech se wszyscy nie myślą, że tylko w Stanach taka zima okropna jest, a Nowy Jork to już w ogóle, sodomia i gomoria. To co u nas się działo ostatnio, moi Państwo, to jest po prostu t-r-a-g-e-d-i-a--i--k-o-n-i-e-c--ś-w-i-a-t-a. Trzy razy w zeszłym tygodniu szyby w samochodzie skrobałam! Trzy razy! I codziennie ten sam scenariusz, rano dwa stopnie (co już wystarczy żeby szyby w samochodzie skrobać na Wyspach) i słoneczko, a po południu deszcz i to taki, że wycieraczki nie nadążały. No plaga jakaś. Na szczęście w piątek padało ostatni raz.
Przyszła sobota. Od razu czuć było, że coś nie tak się dzieje na tym świecie, cicho jakoś, a gdy tylko wyjrzałam przez okno, ujrzałam wszechobecną, nieskalaną, połyskliwą biel. I nie, nie był to śnieg. To cała ta cholerna woda, która spadła z nieba poprzedniego wieczoru, wzięła i zamarzła, bo w nocy zrobiło się nagle minus sześć. Pomyślałam, w sumie to dobrze, przynajmniej koty przestaną syf do domu przynosić, bo ziemia zamarznięta to ziemia twarda, a ostatnio było, no cóż, nie wahajmy się nazwać tego po imieniu, błoto. Słoneczko prężnie świeciło, panele słoneczne zapierniczały aż miło, ale temperatura lekko się tylko podniosła do minus dwóch. Lubię taką pogodę, suchą i mroźną, porąbałam sobie więc choinkę na dworze, ponapawałam świeżym powietrzem i spierniczyłam do domu bo mi gluty zaczęły przymarzać do górnej wargi. Resztę dnia spędziliśy na słodkim nieróbstwie. Podobnie jak część niedzieli, która była wierną kopią soboty. Ale zachciało mi się na spacerek, więc wyciągnęłam z czeluści szafy puchatą czapkę uchatkę, nałożyłam grube wełniane skarpety Chłopa, bo sama takowych nie posiadam, poubieraliśmy się jak stado bałwanów i poszli. Fajnie się tak chodziło po bezdrożach, wszystko pozamarzane, dzieciaki sobie zrobiły lodowisko na polu, gdzie w czasie ostatniej ulewy utworzyło się małe jeziorko i jeździły sobie po nim na wszystkim, na butach, czapkach i własnych dupach. Wróciliśmy jak się już zaczęło ściemniać. I wtedy sobie przypomnieliśmy, że mięso na obiad co prawda mamy, bo pozostało w zamrażarce ze świątecznych zapasów, ale nic do tego mięsa nie mamy. Zupełnie nic, ani ziemniaka, ani innego warzywa, ani mleka nawet, bo ostatnie wypiłam wraz z kawą. No to trzeba było do sklepu. Chłop mówi żeby się przejść, ale ja nie jestem głupia, żeby po mrozie dwa kilometry z torbami łazić. Jedziemy samochodem. Ha. Ha. Ha.
Z dwóch posiadanych samochodów mój okazał się lepszy, bo udało nam się otworzyć jedne drzwi. Na szczęście od kierowcy. Sukces! Dobrze że mój jest tylko dwudrzwiowy (niektórzy mówią trzy, ale bagażnik to bagażnik, co nie?) i siedzenie się przesuwa, to Chłop mógł sobie usiąść z tyłu, bo jakby nie to musiałby się przeciskać na siedzenie pasażera, jeszcze by mu ta wajcha od biegów w dupę weszła. Ale zanim wyruszyliśmy, to trzeba było wyskrobać samochód, który wziął był i doszczętnie zamarzł w wyniku ostatniej ulewy. Z zewnątrz i od wewnątrz. Jeszcze nigdy szyby mi od wewnątrz nie zamarzły! No świat się kończy normalnie.
W poniedziałek rano nie było żadnej zmiany, samochód zamarzł ponownie a ja oczywiście się spóźniłam do pracy, do której dojechałam cudem, bo zamarzły mi końcówki spryskiwaczy i nie mogłam spłukać szyby, a wierzcie mi, na autostradzie mokrej od rozpuszczonego solą lodu nie jest fajne nie móc spłukać szyby. A w mieście wielbiłam czerwone światła, bo przynajmniej w czasie postoju mogłam sobie chusteczką przecierać rospuszczający się w środku lód. Jakoś dojechałam. Wieczorem, po pracy, wycieraczki już działały, ale drzwi wciąż nie dało się  otworzyć. Kiedy wróciłam do domu, zarżałam ze śmiechu, bo na podjeździe przed domem stał samochód Chłopa. Jemu nie udało się otworzyć drzwi do damochodu i musiał zapitalać do pracy z buta, na szczęście daleko nie ma.
I pomyśleć tylko, że mamy garaż na dwa samochody...

piątek, 5 stycznia 2018

Humor piątkowy

Postanowiłam na razie kontynuować cykl, bo śmiech to zdrowie a niedawno wszyscy przecież życzyli każdemu dużo zdrowia. No prawie każdemu ;-)

Zapraszam!



*****
- Kochanie, chodź zobacz co jest pod choinką!
Podekscytowana żona przybiega schyla się, szuka, rozgląda się za prezentem, ale nic nie znajduje, w końcu pyta męża:
- No co tam dla mnie masz?
Na to mąż wstaje, schyla się, pokazuje palcem pod choinką i mówi:
- Patrz ile tam jest kurzu...


*****
Mieszkanie, środek nocy. Facet ubrany na czarno, na głowie kominiarka, budzi śpiącego w mieszkaniu właściciela. Obudzony pyta ze strachem w głosie:
- Kim pan jest?
- Włamywaczem.
- Czemu mnie pan budzi?
- Chciałem pana o coś zapytać.
- Słucham.
Włamywacz oświetla latarką mieszkanie.
- Pan tak żyje??..


*****
SPRZEDAM
Suzuki GSXR100 rocznik 2017
Przebieg: 5000 km
Bezwypadkowy, bez zadrapań, używany do przejażdżek i dojazdów do pracy.

Sprzedaję, bo kupiłem go bez zgody żony. Prawdopodobnie źle zrozumiałem stwierdzenie:
"A rób se, ku*wa, co ci się podoba!"


*****
Mały Jasio do mamy:
- Mamusiu, widziałem dzisiaj tatusia z ciocią Krysią w garażu. Najpierw tatuś ją pocałował, potem ściągnął z niej bluzkę, potem ona pomogła mu zdjąć spodnie, a potem...
- Wystarczy Jasiu. Chciałabym, żebyś opowiedział to tatusiowi przy kolacji. Ciekawa jestem, jaka będzie miał minę, jak to usłyszy. 
Przy kolacji Jaś opowiada:
- Widziałem dzisiaj tatusia z ciocią Krysią w garażu. Najpierw tatuś ją pocałował, potem ściągnął z niej bluzkę, potem ona pomogła mu zdjąć spodnie, a potem robili to samo co Ty, mamusiu, z wujkiem Stefanem, kiedy tatuś był na ćwiczeniach w wojsku...


*****
Mąż wyjeżdża w delegację. Przed wyjazdem mówi żonie:
- Rozumiem, że masz swoje potrzeby. Zbudowałem ci robota. Jeśli tylko będziesz potrzebowała mężczyzny, po prostu zawołaj "Boria" i on wszystko zrobi.
- Dobra.
Mąż wyjechał. Wieczorem żonie zachciało się i krzyknęła: "Boria!"
Robot się włączył i zabrał się do akcji. Po jakimś czasie żona zdała sobie sprawę, że nie wie, jak wyłączyć diabelstwo. Zaczęła wołać o pomoc. Pojawiła się sąsiadka i pyta:
- A co to za cudo?
- Boria.
- Boria!
Robot zareagował prawidłowo i zabrał się za sąsiadkę.
Dwa dni później mąż zorientował się, że nie powiedział żonie, jak się wyłącza robota. Dzwoni, dzwoni, nikt nie odbiera. Z duszą na ramieniu wsiada w samolot, leci do rodzinnego miasta. Na lotnisku łapie taksówkę, wsiada i mówi do kierowcy:
- Na Iwanowkę, szybko!
- Na Iwanowkę? Tam nie pojadę.
- Dlaczego?!
- Tam Boria!


*****
Telefon w hotelowej recepcji:
- Dzień dobry, dzwonię z pokoju 303. Moglibyście przysłać kogoś z obsługi? Kłócę się właśnie z żoną i zagroziła, że wyskoczy przez okno.
- Przepraszam, ale to państwa prywatny problem.
- Tak, zgoda, ale to cholerne okno się nie otwiera, a to już wasz problem.


*****
Ona: "Seks był super. Teraz leżymy koło siebie. On zamyślony spogląda do góry. O czym myśli? Z pewnością o naszym uniesieniu... Coś mu zajmuje myśli. Zaciska zęby. A może chodzi mu po głowie że juzży w górę..."
On: "Mucha po żyrandolu lezie. Jak to robi, że nie spadnie...


*****
Z przesłuchania pewnej hollywoodzkiej gwiazdy:
- Na początku wszystko było jak należy. Harvey Weinstein zjadł ze mną kolację w restauracji. Zaprosił mnie do swego pokoju hotelowego. Piliśmy wino, rozmawialiśmy o moim ewentualnym udziale w jego nowym filmie. Potem przeprosił mnie na kilka minut i poszedł do łazienki. Kiedy wrócił, był w szlafroku, pod którym nic nie miał! Byłam tak oburzona, że jak oparzona wyskoczyłam z łóżka i zaczęłam się ubierać!




Wesołego weekendu!

środa, 3 stycznia 2018

Podsumowanie

Pierwszy dzień w pracy. Niby nic, niby wszystko łatwo i lekko, a jednak masakra. Tak ten dzień się dłuży, że nie wiem jak ja to przeżyję.  W wszystko na własne życzenie...
Już się chwaliłam, że w sobotę wygrałam turniej badmintona. Nie spodziewałam się, że tak dużo mnie to kosztowało. Wieczorem już bylam cała obolała, a w Sylwestra to dopiero się zaczęły zakwasy. Co prawda, do tych jakie mieliśmy po wycieczce na Kasprowy to się nie umywały, ale przecież czekała mnie nieprzespana noc. Zostaliśmy bowiem zaproszeni do znajomych na domówkę. Było całkiem fajnie i przyjemnie, prosecco lało się strumieniami, w końcu o trzeciej nad ranem postanowiliśmy opuścić imprezę i powrócić do domu na piechotę. 5 kilometrów pod górę! Ale co tam, gorąco nam było, bo założyliśmy po dodatkowym swetrze i tak jakoś jak para bałwanów dotoczylyśmy się w końcu po godzinie. Przy okazji dostałam czkawki pijackiej, a z moją czkawką nie ma żartów, więc przez niemal połowę drogi Chłop próbował mnie zagadywać, straszyć i nie wiem co jeszcze, musiałam się zatrzymać, uspokoić oddech i pooddychać głęboko, po dwóch takich próbach czkawka odpuściła, a my byliśmy już pod domem. Jako że było już po czwartej nad ranem, nasypaliśmy kotom żarcia, żeby nas nie pobudziły za trzy godziny i poszliśmy spać. Spaliśmy długo, ale z przerwami, bo nas bolały głowy. Oczywiście. A jak już się wylęgliśmy z pieleszy, wstawiłam zupę ogórkową, którą nazywam pierwszą pomocą w kacowych przypadkach i poszliśmy (tak, tak - na piechotę!) po samochód, który zostawiliśmy na parkingu u znajomych poprzedniego wieczoru. Czyli znowu pięć kilometrów, na kacu, dobrze że tym razem w dół. A potem zjedliśmy przepyszną gorącą zupkę ogórkową, która Chłopu bardzo smakowała, choć jadł taką pierwszy raz w życiu. Stwierdził potem, że powinniśmy więcej zup gotować. No może. Ja tam nie przepadam, tylko w nagłych wypadkach.
Popołudnie i cały wieczór pierwszego stycznia spędziliśmy przed telewizorem, z przerwami na posiłki. Których było kilka, jako że mój kac ma to do siebie że lubi dużo jedzenia. I piwo bezalkoholowe, bo pić się chciało, oj chciało. Co oglądaliśmy to nie wiem, bo co chwilę przysypiałam, a ból głowy przychodzil i odchodził i tak w kółko, jakoś dotoczyliśmy się do drugiego stycznia. Na szczęście w Szkocji drugi stycznia jest też wolny od pracy, wiedzą co robią. Trzeba odpocząć po wypoczynku. Tak więc wczoraj dzień spędziliśy bardziej produktywnie, moje wszystkie zakwasy i inne bóle minęły, więc mogłam się w pełni poświęcić oglądaniu skoków i poszukiwaniu inspiracji artystycznych w internecie. W tym czasie Chłop wysprzątał cały dom, w nagrodę dostał na kolację pieczonego ziemniaka z tuńczykiem i resztki sylwestrowego podeschniętego ciasta. Udało nam się również wyjść do kina po raz pierwszy w tym roku i  od razu bingo - myślę że obejrzeliśmy jednego z faworytów do Oscara. Świetny film, nieco dziwny tytuł, po polsku "Trzy bilboardy za Edding, Missouri". Jeszcze go w polskich kinach nie ma, ale jak będzie to naprawdę polecam.
Około godziny jedenastej wieczorem uznałam, że pora spać, bo rano przecież do pracy. Chłop jeszcze coś tam gadał z Alexą, więc poszłam sobie namalować szlaczek, głównie żeby wykończyć stare pisaki. I tak sobie malowąłam, malowałam, aż Chłop przyszedł i nakazał odwrót do sypialni, bo już była pierwsza! No to poszłam, długo nie mogłam zasnąć, a potem śniły mi sie kolorowe motylki, a po nich zostałam zwerbowana do nowego filmu o piratach z Karaibów i nawiązałam przyjaźń z Johnym Deppem. Z którym na końcu zrobiłam sobie selfie, okazało się jednak że bateria się w telefonie wyczerpała... I tak to z tymi snami.
A rano zwlekłam się z łóżka nieco tylko mniej świeża niż ciepłe mleko prosto od krowy, po raz pierwszy od dwóch tygodni pożarłam śniadanie i udałam się do pracy. Puste drogi, pusty parking, oby tak codziennie. Aha, bardzo boli mnie prawa ręka. Mam nadzieję że to od ściskania tych cholernych pisaków poprzedniej nocy a nie od machania wiosłem na planie filmowym ;-)

niedziela, 31 grudnia 2017

Ostatni post w tym roku

Nic wielkiego. Ostatni dzień roku. Sentymentalnie, melancholijnie, ckliwie, podsumowałam go sobie i wyszło, że był to fajny rok. Człowiek tak narzeka, narzeka, wymyśla coraz to nowe problemy, a jednak w sumie i tak wychodzi, że te wszystkie rozterki, stresy i nerwy nie były wcale potrzebne. Tak że rok był fajny, a zakończenie jeszcze fajniejsze, bo wczoraj wygrałam po raz pierwszy coroczny świąteczny turniej badmintona. Dostałam wielki puchar przechodni, stoi sobie dumnie na półce.


Puchar szczególnie dla mnie wyjątkowy, bo ufundowany w celu uczczenia pamięci naszego kolegi Andrew Broadley, który wygrał ten turniej kilka razy. Andrew zginął w wypadku motocyklowym kilka miesięcy temu, osieracając trójke dzieci. W moim sercu zapisał się szczególnie, bo był moim instruktorem jazdy na motorze i to on wyprowadził mnie na drogi. Spoczywaj w pokoju, Andy.

A co jeszcze? Amazon wyszedł z siebie. Dziś niedziela, ostatni dzień roku, a oni mi o jedenastej rano dostarczyli moje kredki i pisaki. No to zaczynam nowy rozdział w życiu, czyli bycie artystkom. Już pokolorowałam kolejny obrazek :-)

Jaki będzie nowy rok? Na pewno dla mnie bardzo ważny, bo planuję wielką rzecz, a na pewno po drodze wpadną inne Wielkie choć Nieco Mniejsze Rzeczy. Życzę sobie umiarkowanego spokoju i nowych, wykonalnych pomysłów na przyszłość, bo trzeba być umysłowo aktywnym żeby długo żyć. Tak dowiedli naukowcy z wielku uniwersytetów. A moim Czytelnikom życzę wytrwałości w obserwowaniu moich poczynań i dziękuję, że jesteście ze mną kolejny rok. Idę piec ciasto na wieczorne balety. Do zobaczenia w Nowym Roku!






piątek, 29 grudnia 2017

Poświąteczna pożoga artystyczna

W sumie, to nie wiem czemu się tak denerwowałam tą blachą, bo po głębszych oględzinach dwa dni później (ociągałam sie ile mogłam) okazało się że żadnych zadrapań nie ma, a to co widziałam to byl osad po czyściku do piekarnika. Bo jakoś trudno było mi uwierzyć że to można porysować, po tym co ja z tą blacha robiłam. Jednak porządna niemiecka robota. Teść zrehabilitowany, ale problem na linii mycie ręczne - zmywarka pozostał i pozostanie na zawsze. Mamy po prostu różne style życia, a on za wszelką cenę próbuje mnie przekonać, że jego jest lepsze. No nie da się, ja jestem już niestety zupełnie dorosła i od dwudziestu pięciu co najmniej lat prowadzę swoje własne gospodarstwo domowe, więc mam swoje nawyki i metody i moje jest najlepszejsze dla mnie i koniec.
I tak to minęły święta. Wigilia jak zwykle była hitem, tym bardziej że córka się stawiła jak obiecała, a nie tak jak w zeszłym roku. Skromnie było jak na polską tradycję, tylko ryba po grecku, pierogi z kapustą i grzybami, barszcz z uszkami i dwa rodzaje śledzi. Chleb osobiście pieczony, kompot z suszonych śliwek i rodzynek i sernik z makowcem. Czyli to wszystko co lubię. Dzień świąteczny mieliśmy po brytyjsku, czyli indyk pieczony (nie nadziewany, bo o nadzieniu nikt nie pomyślał), ziemniaczki pieczone, pieczona marchewka i parsnip, który długo uważałam za korzeń pietruszki a jest to po prostu pasternak, brukselka gotowana i gravy czyli rzadki sos. I powinien być sos żurawinowy, którego zapomniałam zrobić, a przecież kupiłam świeże żurawiny. Zamroziłam, będzie na potem :-) A na deser był Christmas Pudding, czyli coś co nawet ciastem nie jest, nie wiem jak to nazwać, ale dość dobre. Po prostu deser z suszonych owoców. Kupiony w Aldi. Bo kto by to gotował.
W drugi dzień świąt, jak co roku miałam urodziny, więc kicha. W trzeci dzień świąt goście pojechali, a my mieliśmy w końcu czas na odpoczynek. Zrobiliśmy sobie więc wycieczkę po sklepach, bo mieliśmy jedną rzecz do kupienia, ale z powodu wyprzedaży oczywiście kupiliśmy więcej niż potrzebowaliśmy, a jeszcze więcej pozostało nie kupione, bo albo rozmiar nie taki albo kolor nie ten.
A dnia następnego (czyli wczoraj)  uruchomiłam swoje zapędy artystyczne. Otóż bowiem zakupiłam byłam sama sobie w prezencie świątecznym dwa zestawy kolorowanek dla dorosłych, nie żeby jakieś zboczone tylko bardzo fajne z bardzo drobnymi elementami kolorowanki relaksujące. Chłop wygrzebał gdzieś z czeluści garażu kredki i pisaki i przystąpiłam do kolorowania.


Pierwsza strona z kolorowanki wygląda tak:


No to zaczynamy. Powiem szczerze, że zabierałam się do tego jak do jeża. Hmm.... kiedy to ja ostatnio kolorowałam. Osobiście to chyba ze trzydzieści pięć lat temu, a z dziećmi to dwadzieścia. Najpierw ostrożnie próbowałam wyobrazić sobie, co ja z tym wszystkim chcę właściwie zrobić. 


Okazało się, że pisaki są stare a kolory dość ponure. Kojelny rząd kółek zrobiłam więc kredkami.


Ale kredki też okazały się do dupy. Twarde i stare. Łamały się przy każdej próbie strugania. No ale jak postanowiłam tak dokończyłam. 



Zupełnie dokończone dzieło wygląda tak. Nie jestem zadowolona, ale ta próba dała mi bardzo dużo do myślenia. Kolejny dzień spędziłam na poszukiwaniu odpowiedniego sprzętu do rysowania. Bo postanowiłam, że nauczę się, Proszę Państwa, być artystką. Po przeczytaniu kilkunastu komentarzy, obejrzeniu kilkunastu demonstracji na YouTube i przemyśleniach własnych, zamówiłam zestaw 48 kredek Prismacolor Premier, zestaw 30 cieńkich pisaków Staedler Triplus Fine Liner i temperówkę do kredek Staedler. Przy okazji olśniło mnie, że moje dzieci przez całe swoje dziecięctwo używały drogich, bardzo dobrej jakości kredek, od Koh-i-Noor do Faber Castell, więc to dlatego ich obrazki są pomimo upływu lat nadal żywe i pełne kolorów. A poza tym, jak jeszcze raz zechca nazwać mnie złą matką to mam argument nie do odparcia. Zła matka nie kupuje dzieciom kredek Faber Castell i farbek Windsor & Newton oraz  złotych strun D'Addario do skrzypiec. O! 
I teraz mam przynajmniej wytłumaczenie dlaczego wydałam 50 funtów na kredki. 

Przy okazji zapytam moje Czytelniczki i Czytelników, bo wiem że conajmniej kilkoro z nich para się sztuką, jakie macie doświadczenia z kolorowankami i kredkami, na co powinnam zwrócić uwagę, jak dobierać kolory, jaki sprzęt i tak w ogóle, jakieś porady dla początkującej "art-ystki"?


Fajnym artystycznym akcentem świątecznym był prezent od córki. Moje dwa koty oprawione w ramkę. Córka co prawda specjalizuje się w portretach ludzkich i zwierząt jeszcze (jak twierdzi) nie potrafi, ale ten obrazek odzwierciedla moje dwa kotwory bardzo dosadnie i z powodów sentymentalnych zawisł w gabinecie na ścianie sąsiadującej z moim biurkiem. Na której to ścianie mają zawisnąć te wszystkie motylki, koniki i tęcze. 


A dzisiaj dorwałam w poświątecznej wyprzedaży dwa obrazy, na które polowałam od dłuższego czasu, naszej lokalnej artystki Shirley MacArthur. Oczywiście reprodukcje, bo na oryginały mnie nie stać, a poza tym ona sama oryginałów już nie ma bo wyprzedała. Wiszą sobie teraz moje kopie majestatycznie na ścianach przy schodach. Kolejne cztery zamówione przez internet :-)



A jak ja będę już Wielko Artystkom, to sobie sama takie namaluję i ponawieszam wszędzie, gdzie tylko będzie wolne miejsce. I Wam też wyślę, a co!



niedziela, 24 grudnia 2017

Dzień przed Wigilią.

Dzień przed Wigilią. W sumie to niby wszystko było jak należy, całe święta należycie i zawczasu przygotowane, goście w komplecie i tylko wyczekiwać pierwszej gwiazdki. Jeszcze tylko kupić parę buraków na barszcz i ogórki kiszone do sałatki. Objechaliśmy wszystkie supermarkety, ale niestety, "polskie" półki zionęły pustkami. Cholerni Polacy, wszystko wykupili. Z westchnieniem oznajmiłam Chłopu że trzeba jechać do polskiego sklepu. Na szczęście otworzyli jeden nie tak daleko od naszej trasy. Wchodzimy, a tam... no szlag by trafił, zamiast ogórków kiszonych w słoiku obok korniszonów i kiszonej kapusty -  ze trzydzieści rodzajów różnych ogórków, większych, mniejszych, kiszonych, podkiszanych, małosolnych, kwaszonych, staropolskich, babuni i cioci Jadzi spod Olsztyna. Nosz kurna. I jak tu wybrać? Korniszonów tyle samo i wszystkiego zresztą, normalnie jak w jakimś cholernym Realu w Polsce. Z pół godziny zajęło mi wybieranie słoika ogórków, bo czytałam dokładnie wszystkie etykiety. W tym czasie Chłopa wysłałam na poszukiwanie musztardy, na szczęście widział to kiedys u nas w lodówce to wiedział jak wygląda. Tak że za jakiś czas słyszę triumfalne: Iwona! Iwona! Chodź, znalazłem! A ja: To bier i uciekamy stąd! A on: Ale Ty sama musisz, bo ja nie wiem co. A ja: Ale musztardę znalazłeś? A on: Tak, musztardę, ale Ty sama musisz. No to idę. Patrzę, a tam oczywiście cholerny Real. I zamiast jak normalnie, zwykła musztarda Kamis sarepska koło przyprawy do zup marki Winiary, to tam ze czterdzieści różnych marek, smaków i kolorów. Z musztardą poszło mi trochę szybciej, bo szukałam zwykłej, delikatesowej, ale i tak było ich chyba z pięć rodzajów. Dobrze że buraki chociaż udało mi się kupić wcześniej, bo nie wiem ile czasu bym tam straciła. I tak musiałam te buraki jako banany w kasie samoobsługowej nabić, bo towar tak rzadki, że aż go do systemu nie wprowadzili. No ale wszystko się udało i powrócilismy szczęśliwi do domu kończyć gotowanie. I wtedy trafił mnie szlag.
Zostawiłam byłam bowiem do odmoczenia blachę po pieczeniu makowca, która to się troszkę w rogu przypaliła po zetknięciu z wypływającą z ciasta masą makową. Wchodzę do domu, a tam niedoszły teść z uśmiechem kończy mycie blachy. Z uśmiechem podziękowałam. A potem, popatrzyłam na blachę. Popatrzyłam jeszcze raz. I k*rwa mać, jeszcze raz, bo oczom moim nie mogłam uwierzyć. Moja drogocenna oryginalna blacha ze specjalnej nierysującej stali Siemens, którą to aby wyczyścić po poprzednich właścicielach traktowała nawet papierem ściernym i nie porysowałam, ta moja wychuchana i wydmuchana blacha cała pościerana do gołego żelaza w trzech miejscach. I to poważnie.
Nic nie powiedziałam. Zupełnie nic. Ale Ojciec Chłopa ma zakaz dotykania zlewu kuchennego i brudnych naczyń w moim domu. A ja skutecznie spieprzone święta, zanim się jeszcze zaczęły.