wtorek, 18 kwietnia 2017

I po świętach, czyli co miało nie być a i tak było

Miałam nic nie robić, ale kiedy w sobotę ganialiśmy po sklepach w poszukiwaniu godziwego łóżka, natrafiłam na nowy polski supermarket, który bardzo mi się spodobał, bo miał świetną selekcję towarów. Tak więc zakupiłam buraczki tarte i tarty chrzan, żurek w słoiku i nawet polskie mleko łaciate 3,2%, chociaż powiem w sekrecie, że wolę tutejsze. To łaciate nie chce się pienić w mojej spienarce do mleka! No ale wracając do tematu, zakupiłam również kawałek boczku, pyszną białą kiełbasę (jak białej nie za bardzo lubię to ta była naprawdę dobra) i po kawałku innych wędlin. I barwniki do jajek!
Farbek było pięć, a jajek było tylko siedem, bo ósme okazało się pęknięte. No i oczywiście wszystkie jaja były lekko brązowe. Ach, gdzie te czasy, kiedy mieliśmy białe jajka. Jak dzieci jeszcze były w domu, to kupowałam i gęsie i przepiórcze, kolory były wspaniałe. No ale jak się ma ograniczone pole do działania, to trzeba użyć tego co się ma, nieprawdaż. Chłop miał najlepszą zabawę, bo nigdy nie widział, jak się farbuje jajka, a teraz mógł to zrobić sam. Efekt jak na zdięciu :-)


A w niedzielę rano wstałam, ugotowałam żurek, przygotowałam buraczki z chrzanem i potrawę, która wywodzi się z domu mojej byłej teściowej, a którą bardzo polubiłam i co roku odtwarzam. Nazywamy ją "święconka", bo pochodzi z wszystkiego, co znajduje się w koszyku do święcenia, czyli wędliny, boczek i gotowane jajka. U nas koszyka świętego nie było, ale święconka była. Kroi się boczek i wędliny na plasterki, na plasterki kroi się również gotowane jajko, kawałek korzenia chrzanu trze się na grubej tarce lub struga nożem (jak dawniej ołówki) i to wszystko się podsmaża na patelni w odrobinie tłuszczu i doprawia pieprzem, bo solą to już raczej nie. Prawdziwa bomba cholesterolowa! Niestety nie uwieczniliśmy, ale jest to po prostu pyszne. A tak wyglądał nasz wielkanocny stół, bez święconki.


Chłopu wszystko bardzo smakowało, przy żurku mu się uszy trzęsły, święconkę pożarł jak smok dziewicę, zagryzając buraczkami z chrzanem, aż mu oczy z orbit wylazły, bo ostre potrawy to on lubi, ale chrzan to insza ostrość.
Tak więc, po raz kolejny zostałam królową gotowania, a Chłop mógł w pełni docenić walory polskiej kuchni. W sumie, jakie to Chłopy nieskomplikowane są, dasz mu kawałek kiełbasy i się cieszy :-)

Pozdrawiam!  









piątek, 14 kwietnia 2017

Humor na te święta

Leżę sobie w łóżku rano, czekam na to, aż mi się będzie chciało wstać. Wchodzi Chłop, mówię: "A Ty wiesz, Jezus dzisiaj umrze po południu..." Chłop na to: "A rzeczwiście, to dzisiaj!" "No, a wczoraj to miał tę kolację z Judaszem" - mówię ja. A Chłop: "A nie, kolacja to była w środę, wczoraj to on się zgłosił na ochotnika do więzienia". "No faktycznie" - mówię - "kolacja była w środę, a wczoraj on poszedł do tych ogrodów, a potem się zgłosił. A sąd był dziś rano".
I tak to ustaliliśmy przebieg wydarzeń...

Tak że, Drodzy Moi, czy komuś się podoba czy nie, dzisiaj będzie o Jezusie. No bo dlaczego nie???



*****
Idzie zakonnica z kościoła do domu. Wywaliła się na ulicy i krzyczy:
- O Jezus Maryja!
W domu ukazuje się jej Jezus i mówi.
- Może ja mam ryja ale za to ty masz krzywe nogi.


*****
Jezus wchodzi do knajpy, w której siedzą Polak, Niemiec i Rusek.
- Cześć, Jezus jestem, uzdrawiam dotknięciem ręki.
Niemiec zaraz dał sobie coś uzdrowić, Rusek też, a Polak mówi:
- Tylko się nie zbliżaj, bo mam jeszcze tydzień chorobowego.


*****
Jezus zstąpił na ziemię. Idzie sobie, idzie. Patrzy, a tu na murku przysiadło paru hipisów i jarają jointy. Hipisi też go zauważyli - wiadomo: długie włosy, zwiewna szata, znaczy się kumpel. Wołają:
- Bracie, chodź tu do nas, przysiądź się!
Jezus przysiadł się bez słowa.
- Przypalisz, bracie?
- A co to jest? - pyta Jezus.
- Masz, przypal i zobaczysz sam.
Jezus się zaciągnął w milczeniu i nic, siedza sobie dalej. Po chwili Jezus rzecze:
- Bo wiecie, jam jest Syn Boży i przyszedłem zbawić świat...
- I O TO CHODZI BRACIE, O TO CHODZI !!!


*****
Ostatnia wieczerza. Jezus mówi:
- Nim kur zapieje trzy razy, jeden z Was zdradzi mnie.
A na to Judasz:
- Ty Jezus, jak Ty sobie wypijesz to się zawsze do mnie przyp**rdalasz.


*****
Kowalski jest producentem gwoździ. Idzie do agencji reklamowej, aby ta zrobiła mu reklamę. Po tygodniu miał się zgłosić na obejrzenie projektu. Przychodzi, puszczają mu projekcję. 
Golgota, na krzyżu Jezus, a obok niego napis:
"Gwoździe Kowalskiego przebiją wszystko".
Kowalski obrażony mówi:
- Panowie, to nie może tak być. Zróbcie coś innego.
Zgodzili się i kazali przyjść za tydzień. Po tygodniu Kowalski znowu pojawia się w agencji, a tam:
Golgota, Jezus przybity do krzyża i napis:
"Gwoździe Kowalskiego utrzymają wszystko".
No to Kowalski się zdenerwował i z oburzeniem krzyczy:
- Panowie, ja jestem człowiek religijny i w mojej reklamie nie może być Jezusa. Koniec i kropka.
Zgodzili się i kazali przyjść za tydzień. Po tygodniu Kowalski pojawia się i po raz 3 puszczają mu reklamę:
Golgota, pusty krzyż i napis:
"Gdyby użyli gwoździ Kowalskiego to by nie uciekł"


*****
Umiera papież i idzie do nieba, a u bramy do nieba spotyka św. Piotra.
- Kim jesteś? - pyta św. Piotr.
- Wysłannikiem św. Piotra na ziemi.
- Ej, sorry, ja jestem św. Piotr i jakoś cię nie kojarzę.
- No jestem zastępcą Pana Boga na ziemi, papieżem - odpowiada zmieszany papież.
- Poczekaj, pójdę pogadać z szefem.
- Szefie, znasz tego typa spod bramy?
- Nie, nie znam go, ale poczekaj może Jezus go zna. Jezus, znasz tego typa spod bramy? - pyta Bóg.
- Nie, nie znam go, ale pójdę z nim pogadać.
Po kilku minutach Jezus przychodzi cały radosny i mówi:
- Ojcze, pamiętasz to kółko rybackie, które założyłem około 2000 lat temu?
- No pamiętam.
- To ono jeszcze istnieje!!

*****
Facet miał papugę, która ciągle gadała przez telefon. Przychodziły rachunki na 10 000 złotych i facet się zdenerwował. Powiedział:
- Papuga, jak ty jeszcze raz gdzieś zadzwonisz, to cię na tydzień do ściany przybiję!
Papuga wytrzymała 3 dni, ale w końcu znów zaczęła dzwonić, gadała 5 godzin. Kiedy przyszedł znów gigantyczny rachunek, facet przybił papugę do ściany. Ona tak tam wisi, patrzy - a tam ktoś obok też wisi.
- Jak masz na imię? - pyta papuga.
- Jezus.
- A od jak dawna tu wisisz?
- Jakieś 2000 lat.
- Chłopie, to gdzieś ty dzwonił?!


*****
Przychodzi Jasiu do domu poskarżyć się mamie.
- Mamo, ksiądz nie dopuścił mnie do bierzmowania!
Matka się wkurzyła, rower między nogi i jedzie do księdza.
- Proszę księdza, dlaczego ksiądz nie dopuścił mojego Jasia do bierzmowania?
- Proszę panią, jak ja bym go mógł dopuścić do bierzmowania, skoro on nawet nie wie, że Jezus Chrystus umarł.
- Ale proszę księdza, my tak pod lasem mieszkamy, nie mamy telewizora, ani radia. My nawet nie wiedzieli, że on chorował.




czwartek, 13 kwietnia 2017

Leniwy weekend - część druga

Niedziela nie była już taka piękna, słoneczna owszem, ale dużo chłodniej. Mimo wszystko postanowiliśmy wybrać się po praz pierwszy w tym roku na rowery. Tak tylko, na próbę, nigdzie daleko, parę kilometrów zaledwie, żeby nam tyłków nie poobrywało. Ja sobie kupiłam nowe siodełko, więc zamontowaliśmy i pojechaliśmy.
I gdy tak sobie jechaliśmy po drodze, zobaczyliśmy znaki, że jest dzień otwarty w pobliskim pałacu (o którego istnieniu nie mieliśmy pojęcia), ale byliśmy tam o jedenastej, a otwarcie było o dwunastej dopiero. Więc postanowiliśmy, że sobie pojeździmy jeszcze troszkę i wrócimy na tę dwunastą. Po drodze wyszło, że nie mamy żadnych pieniędzy, a jak to tak na dni otwarte bez pieniędzy, przecież zawsze się coś tam kupi, a że pieniądze idą w całości na cele dobroczynne to tym bardziej.
No to sobie troszkę pojeździlismy i wróciliśmy do domu po pieniądze. W tym czasie pogoda się zmieniła i zaczęło wiać, mieliśmy lekko pod górkę i w dodatku pod wiatr, daliśmy radę ale nieciekawie było momentami. No cóż... Po drodze napotkaliśmy taką fajną instalację. Trzy totemy na upamiętnienie tego, że była tu kiedyś kopalnia.


Jechaliśmy sobie taką dróżką wśród brzózek.


A tu już wjazd do Winton Castle. 


Nazywa się to szumnie "Castle", ale w rzeczywistości jest to zwykły niewielki wiejski domek (ha ha!), jak się dowiedzieliśmy później. 
Posiadłość ma bardzo bogatę historię i dzisiaj jest własnością 14 Baroneta Inverquharity, Sir Francisa Ogilvy, który wraz z małżonką i czwórką dzieci mieszka w pobliskiej wsi Winton. Rodzina wygląda tak:


Pałacyk i tereny wokoło są udostępniane publicznie tylko raz do roku, normalnie działa on jako prężnie działająca instytucja. Odbywają się tutaj różnego rodzaju rodzinne uroczystości, jak śluby i wesela, a także konferencje, spotkania biznesowe, gale i tym podobne. Organizowane są tutaj również takie formy rekreacji, jak jazda 4x4, łucznictwo, strzelanie do rzutek, sokolnictwo (cokolwiek to znaczy!), gra w golfa, jazda poduszkowcem, degustacja wina i whisky, czy Highland Games. To ostatnie to specjalne zawody dla siłaczy, czyli rzucanie ciężarami (palem, kulą, młotem i czym tam jeszcze, na przykład belą siana). Tym razem odbywał się tam festyn charytatywny na rzecz organizacji do walki z rakiem Marie Curie Cancer Care. Tak. Imienia naszej Marysi Skłodowskiej. Ona tutaj jest bardzo sławna.


Pochodziliśmy sobie trochę po ogrodach.



A tak wygląda festyn. W namiocie jedzenie dla pospólstwa. Kto nie chciał być pospólstwem, mógł sobie zjeść normalne kanapki lub ciasto w wypić kawę w pałacu.


Pospólstwo mogło sobie kupić różne ciasta i ciastka, sprzedawane przez skautów, zupę lub hotdogi i takie pyszne hamburgery z dodatkiem boczku. Zaszalałam, a co! W domu tego nie mam :-)


Ogrody były oczywiście jeszcze szare i raczej bez kwiecia. Ale latem musi tu być przepięknie.




Były także pokazy ptaków łownych, do których wrócę. Tymczasem same ptaki. 


I najwspanialszy - Orzeł Biały. Mówi Wam to coś?



Takie fajne żywopłotki.


A tu jadalnia, w której babcie i dziadki zajadają ciasteczka i popijają kawkę. 


W dół schodzi się do toalety męskiej.


A tu toaleta damska. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie.



Więcej pałacu nie będzie, bo nie poszliśmy na zwiedzanie, zabrakło nam pieniędzy :-)

A tu już pokaz ptaków. Jako pierwszy wystąpił mały orzełek, którego nazwy nie pamiętam. Według pani opowiadającej to najbardziej inteligentny ptak, jakiego mają. Jego zadaniem było rozbawianie publiczności przy pomocy narzędzi.


Miał porozstawiane takie różne puzle, które musiał "rozwiązać", żeby dostać się do jedzenia.


Ptak jest zupełnie oswojony i nie bał się łazić między ludźmi, tylko była prośba o nie głaskanie, bo tego nie lubi.


Jako druga wystąpiła sowa. A raczej puchacz.


Puchacz miał za zadanie siedzieć na żerdzi, a potem latać za panią na zawołanie. 


Normalnie przylatywał na to zawołanie, szczególnie że pani częstowała go za każdym razem kawałkiem mięska. Ale wydarzyło się coś, co się na codzień na pokazach raczej nie zdarza. Otóż, pan puchacz spacerował sobie pomiędzy luźmi jakby nigdy nic, ludzie patrzyli z ciekawością, dzieci z zachwytem. Na widowni byli też ludzie z pieskami i te pieski siedziały karnie i posłusznie, bez szmeru. Ale nagle usłyszeliśmy jazgot, rozpierduchę i grzechot kości. Okazało się, że puchacz rzucił się na przechodzącego labradora, który nie wytrzymał i zawarczał. W całym tym zamieszaniu ledwo udało się oderwać rozjuszonego ptaka, bo chybaby zagryzł (!) biednego psa. Biedni państwo z przerażonym pupilem (a bydlę to było niemałe) uciekli do sąsiadującej z placem toalety i tam siedzieli aż do końca.
Co by to było, gdyby to był chihuahua??



A na koniec zaprezentowała się nam pustułka, a że była bardzo szybka i fotografować się jej nie dało, nagrałam króciutki filmik.


A po pokazie pochodziliśmy sobie jeszcze trochę po pałacowym parku.


Domek od tyłu. Tu kiedyś było główne wejście. 



Koło domu jest takie małe jeziorko.



I żonkile, peeeeełno żonkili. Już przekwitają.


A tu zabawa z telefonem. Szukanie pierwszego planu. Szachownica na pierwszym planie.


I szachownica na drugim planie :-)


A potem wracaliśmy do domu po górę. I pod wiatr. Rzepak już kwitnie...



A tam stoi mój przyszły dom. Jeszcze tylko dwa tygodnie.


środa, 12 kwietnia 2017

O ucieczce Migusi.

Muszę o tym napisać, bo zdenerwowana jestem do dzisiaj.
Otóż w poniedziałek po przyjściu z pracy otworzyłam drzwi i Migusia wybiegła. Normalnie nie wiem już, co zrobić, bo ona po prostu stoi po drzwiami i jak się tylko otwiera, to ona się prześlizguje, nie da się nad tym zapanować. Nie mogę nagle zamnknąć drzwi, bo bym ją przytrzasnęła. No i wyskoczyła, na szczęście pobiegła w stronę ogrodu, gdzie ją złapałam i przyniosłam do domu. Co dziwne, Tiguś nie wyszedł pomimo uchylonych drzwi.
No i ok. Wieczorem poszliśmy sobie do kina. Wracamy. Zanim otworzyłam drzwi, potrzaskałam zamkiem, postukałam głośno, słowem narobiłam hałasu. Ledwie uchyliłam drzwi, mała natychmiast wsadziła pyszczek i się przeciska. Nie dałam rady nad tym zapanować. Wyskoczyła i pobiegła. Najpierw w stronę samochodu. Ja za nią, powoli, żeby nie uciekała. Ale ona jakby amoku jakiegoś dostała. Wzdłuż domu sąsiada, my za nią. Ciemno, już po jedenastej. Ludziom się światła zapalają, bo na czujnik ruchu są. A ona od domu do domu, od ogrodu do ogrodu. My za nią, a ona jak lunatyk, aby dalej.
To był już ostatni dom. Usłyszałam warkot. Autobus. To nie jest główna ulica, ale autobus jeździ od czasu do czas, bo podwozi ludzi na osiedle. Serce mi zamarło, bo zobaczyłam jak Migusia biegnie w stronę ulicy. Migusia nigdy nie widziała autobusu... Na szczęście się przestraszyła i zwiała z powrotem do ostatniego ogródka w szeregu.
Po chwili wybiegła, ogon jak szczota do butelki. Najgorsze, że nie reagowała na nic, normalnie kot w fazie obłędu. Wcale się nie dziwię, ciemno, cicho, liście szeleszczą, cały świat stoi otworem, za dużo tego dla małego kotka, za dużo. Pobiegła znowu w stronę ulicy, poszłam za nią, nawołując cicho. Nawet się nie obejrzała. Na szczęście natrafiła na gąszcz krzaków i przystanęła. Wtedy ją dopadłam. Złapałam na ręce, a ta się szarpie, wyrywa, musiałam zastosować "chwyt noworodka" i pobiegłam w stronę domu, aby jak najszybciej zabrać ją z tego zagrożenia.
W domu trochę się uspokoiła, ogon powrócił do normalnego stanu, po czym padła na dywan i tak leżała przez parę minut. Normalnie, nigdy nie widziałam Migusi padniętej. A potem poszła do kuchni i zjadła całą miseczkę suchej karmy. Całą! Oto co robi z kotem nadmiar wrażeń...
Cóż, wygrzebaliśmy z czeluści kocią smycz. Zaczynamy ją przyzwyczajać. Bo inaczej w nowym domu weźmie i ucieknie gdzie pieprz rośnie. Będziemy ją wyprowadzać powoli, żeby się stopniowo przyzwyczajała do otoczenia. Na szczęście tam wejście główne jest z gankiem, to nie ucieknie przez podwójne drzwi, a wyjście z kuchni i salonu jest wprost do ogrodu z płotem, więc trochę ograniczony teren, nie tak obezwładniający jak tutaj.
Cyrki były z zakładaniem tej uprzęży, bowiem Migusia nigdy nie miała na sobie żadnej obróżki. A potem chciała się z niej wydostać wszelkimi sposobami. Zarówno do zakładania, jak i do zdjęcia potrzebne były dwie osoby, tak wariowała. Codziennie będziemy nakładać jej to na chwile, niech się przyzwyczaja.





wtorek, 11 kwietnia 2017

Leniwy weekend część pierwsza

Po pracowitych i męczących dniach minionego miesiąca, nadszedł upragniony moment, gdzie nie było nic właściwie do robienia. No bo co, koty ogarnięte, domek posprzątany, poprane, poprasowane, a w dodatku piękna pogoda od samego rana. No to trzeba było coś zorganizować.
Mieliśmy już kupione bilety do kina na specjalny pokaz "Księgi dżungli" w Imaxie 3D na dwunastą w sobotnie południe, więc pojechaliśmy, ale zaczęłam marudzić, że taki piękny dzień a my w ciemnicy siedzieć będziemy jak wampiry jakieś, szkoda dnia marnowac i takie tam, więc po filmie zakupiliśmy sobie jedzenie w markecie i pojechaliśmy do Ogrodu Botanicznego.
Rośliny dopiero się budzą, więc jeśłi chodzi o botaniczną stronę spaceru, to było tak sobie, ale słońce świeciło i było naprawdę pięknie, więc pochodziliśmy sobie trochę. A potem trochę usiedliśy na ławeczce, żeby skonsumować przyniesione ze sobą dobra kulinarne.


A potem sobie znowu troszkę pochodziliśmy. Jak mówiłam, roślinność dopiero budzi się do życia.


Trafiliśmy na kawałek nieba :-) I trochę sobie tam spoczęliśmy, żeby pokarmić zwierzątka, bo Chłop, oprócz kluczy, notesów, kamieni, glatarek i gwiździ, nosi ze sobą zawsze orzeszki, jak gdzieś wychodzimy. 


Karmiliśmy więc wiewiórki.


Robiliśmy sobie selficzki.


Karmiliśmy sroki. 


I znowu wiewiórki i znowu sroki.




I nawet takiego małego ptaszka też karmiliśmy.


Powróciliśmy do domu wieczorem, zmęczeni ale szczęśliwi. Miguśka znowu dała popis i wyskoczyła z domu. Na szczęście uszła tylko do samochodu. Co ja z nią mam!