piątek, 13 października 2017

Humor na piątek

Już za tydzień o tej porze będę w Krakowie, ale przedtem udajemy się na czterdzieści godzin do Zakopanego. No może czterdzieści dwie. Klapki już spakowałam, na szczęście Biedronkę mam tuż przed hotelem. 


To dzisiaj w związku z tym, zapraszam :-)



*****
Dwaj górale, mały i duży sikają na mur. Mały strasznie mruga oczami.
Duży pyta:
- Co tak mrugos?
- Bo mi do ocu prysko!


*****
Idzie baca na dwór za potrzebą. Wraca calutki mokry. Gaździna się go pyta:
- Józwa, desc podo?
- Ni... ino halny wieje.


*****
- Baco, a co trzeba zrobić, jak się w górach spotka głodnego niedźwiedzia?
- Nic nie musita robić, on już syćko za wos zrobi...


*****
Baca rozwodzi się z Gaździną. Odbywa się rozprawa w sądzie. Sędzia pyta się Gazdy:
- Powiedzcie, Gazdo, dlaczego chcecie się rozwieść z Gaździną, przecież żyjecie razem już 20 lat, w czym wam ona zawiniła?
Gazda na to odpowiada:
- A bo Panie sędzio, ona mi seksualnie nie odpowiada.
Na to w końcu sali podnosi się ze swojego miejsca juhas i woła:
- Głupoty, Gazdo, gadacie! Całej wsi odpowiado, a wom nie!


*****
Baca z gaździną jadą w pole:
- Słuchojcie no baco - zagaduje gaździna - coś mi się wydaje, ze nasa Maryś jest w ciąży.... tylko jak to mozliwe? Chłopaka ni mo, na potancówki nie chodzi, w nocy śpi z nomi...
- A bo z womi tak zowse - zdenerwował się baca - w nocy się porozkrywata, dupy powypinata i po ciemku poznaj która cyja...


*****
Wywiad z bacą:
- Baco, jak wygląda wasz dzień pracy?
- Rano wyprowadzam owce, wyciągam flaszkę i piję...
- Baco, ten wywiad będą czytać dzieci. Zamiast flaszka mówcie książka.
- Dobra. Rano wyprowadzam owce, wyciągam książkę i czytam. W południe przychodzi Jędrek ze swoją książką i razem czytamy jego książkę. Po południu idziemy do księgarni i kupujemy dwie książki, które czytamy do wieczora. A wieczorem idziemy do Franka i tam czytamy jego rękopisy.


*****
Siedzi baca przed chatką. Przed bacą kloc drewna i kupka wiórków. Przechodzi turysta i pyta:
- Baco! Co tam strugacie?
- Ano, cółenko sobie strugom.
Turysta poszedł. Następnego dnia rano przechodzi tamtędy i widzi bacę. Baca siedzi przed klockiem drewna i go struga. Przed bacą górka wiórów. Turysta pyta:
- Baco! Co tam strugacie?
- Ano, stylisko do łopaty sobie strugom.
Następnego dnia: Baca siedzi przed chatką, w rękach trzyma drewienko, przed nim kupa wiórów. Ten sam turysta pyta:
- Baco! Co teraz strugacie?
- Jak nic nie spiepse, to wykałacke...


*****
Baca jest sądzony za zabójstwo turysty, ale się nie przyznaje. Sędzia pyta:
- No to jak to było, Baco?
- Ano nijak. Siedziołek se na przyzbie i strugałek osikowy kołecek. A ten turysta siad se kole mnie i zacoł jeść cereśnie. I co zjod, to mi pesteckom trach!!! w oko. A jo nic, ino se strugom ten kołecek. A on znowu zjad i trach!!! mie pesteckom w oko. A jo nic i dalej strugom... A on łostatniom cereśnie, rzucił mi torebke pode nogi, wstał i tak niesceśliwie potknoł, ze upadł na ten kołecek, com go strugoł. I tak, panie, coś ze 27 razy...


*****
Idzie turysta po szlaku i nagle słyszy:
- Ło Jezuuu!!! Jezu, Jezu, Jezusicku!!!!
Biegnie, patrzy a tu baca siedzi na pieńku, obok wbita siekiera:
- Ło Jezu, Jezu, Jezu!
Turysta:
- Baco! Baco co wam się stało?!
Baca:
- Mnie? Nic. Ło Jezuuuu!!! Jezu, Jezu, Jezu!!!
Turysta:
- A może komuś w waszej rodzinie?
Baca:
- Mojej? Ni. Ło Jezu, Jezu, Jezu, Jezusicku!!!
Turysta:
- No to co tak lamentujecie?
Baca:
- Ło Jezu, jak mi się robić nie chce!


*****
Baca popił na imieninach i na drugi dzień na kacu poszedł doić krowę. Mówi do niej:
- Oj krasula jak mi się nie chce ciebie doić.
A krasula się obraca i mówi:
- To ty trzymaj za cycuszki, a ja będę podskakiwać.


*****
Dwóch juhasów znalazło jeża i kłócą się o nazwę tego zwierzaka:
- To je iglok!
- To je spilok!
Przechodził tamtędy stary baca i usłyszał sprzeczkę. Podszedł i zawyrokował:
- To nie je ani iglok, ani spilok. To je kolcok!


*****
Siedzi Baca razem ze skoczkami narciarskimi i wysłuchuje ich opowieści. Pierwszy skoczek chwali się, że skoczył na odległość 100 metrów, drugi, że pobił rekord skoczni. Na to Baca mówi:
- Jak ja skoczyłem z tej skoczni to lecę, lecę, patrzę, mijam koniec wybiegu, tam gdzie zatrzymują się inni, mijam Zakopane, mijam Gubałówkę, a tu jak halny nie powieje...  i wróciło mnie na 30 metr.


*****
Idzie sobie turysta polaną w górach i widzi bacę. A baca pasie sobie owce. Czarne i białe. Turysta pyta:
- Baco, a ile mleka dają te owce?
- Ano białe cy corne?
- No wszystkie.
- Białe dwa litry..
- A czarne?
- Ino tys dwa litry.
- A ile trawy jedzą?
- Białe cy corne?
- No wszystkie..
- Białe tsy kilo.
- A czarne?
- Tys tsy kilo.
Rozmawiają tak z piętnaście minut i okazuje się że białe owce nie różnią się niczym innym niż kolorem wełny. Wreszcie zdenerwowany turysta pyta się jeszcze raz:
- No to czemu baco je tak rozróżniacie?
- Ano białe owce som moje.
- A czarne czyje?
- Ano tys moje.


Wesołego weekedu, hej!



środa, 11 października 2017

Trochę sztuki

Dzisiaj podzielę się ze światem sztuką portretowania.
Całkiem niezamierzenie, przypadkowo wręcz, zakupiliśmy sobie bowiem lustro. Które chciałam od dawna zawiesić na zakręcie schodów, a którego nigdzie nie mogliśmy namierzyć, bo żadne nam się nie podobało. Ale zdarzyło się, że przy okazji wyjazdu do Ikei po brakujące półki do nowo zrobionej garderoby wstąpiliśy do Costco po żarówki, bo mieli w promocji w bardzo dobrej cenie. I gdy szukaliśmy tych żarówek, przy okazji podziwiając wszystkie te niepotrzebne nikomu ale jakże cieszące oko świąteczne artykuły, natrafiliśmy na TO lustro. W dodatku cena taka, że nie zwaliła nas z nóg (co czasami się zdarza w takim sklepie jak Costco). I w dodatku ostatnie, co prawdopodobnie było powodem ceny. Popatrzyliśmy sobie tylko w oczy z niemym stwierdzeniem: "to co, bieremy!" i zabraliśmy pod pachę, bo wpadając po żarówki nie braliśmy wózka. Jakoś dotaszczyliśmy do samochodu i jeszcze tego samego wieczoru lustro dumnie zawisło w miejscu od dawna dla niego przeznaczonym:


W związku z tym tego samego wieczoru powstała cała galeria dzieł sztuki zwanych portretami.

Dama na schodach

Dama z kotem 

Kot między szczebelkami balustrady

Kot zadumany 

Obrazek z życia kota 

I na koniec, arcydzieło - Młody człowiek w swoim pokoju nocą 
(dzieło powstało w wyniku obserwacji półnagiego, lub też zupełnie nagiego ale to tylko przypuszczneia autorki sąsiada z naprzeciwka, zastygłego w tej pozie od ponad godziny. Drogą dedukcji wywnioskowano, że pewnie na Xboksie gra. Zdjęcie wykonane nocą, przy zgaszonym świetle, w dużym powiększeniu)

Pozdrawiam serdecznie!

piątek, 6 października 2017

Humor na piątek

Dzisiaj będzie wyjątkowo rodzinnie. Zapraszam :-)


*****
Komisja wojskowa:
- Zawód ojca?
- Ojciec nie żyje.
- Ale kim był?
- Gruźlikiem.
- Ale co robił?
- Kaszlał.
Zdenerwowana już komisja:
- Panie, przecież z tego nie da się żyć!
- No przecież mówię, że nie żyje.


*****
Kłótnia małżeńska.
- Chciałbym umrzeć! - krzyczy mąż.
- Ja też! - odpowiada żona.
- To ja już nie!


*****
Siedzi facet u kochanki. Późno trzeba wracać. Mówi do kochanki:
- Daj trochę wódki, ochlapię się, to nie będzie czuła twoich perfum.
Wchodzi do domu, a żona go po mordzie...
- Za co?
- Myślałeś, ze jak się poperfumujesz to nie poczuję, że wódkę piłeś?


*****
Wchodzi mąż do sypialni i niesie dwie aspiryny i szklankę wody.
Żona się pyta:
- Co to jest?
- To na ból głowy.
- Ale mnie nie boli głowa - mówi zdziwiona kobieta.
- Mam cię!


*****
Gra mąż na kompie, słyszy, jak żona go opierdziela:
- Nie masz nic innego do roboty?!
Wyłączył komputer i sięgnął po gazetę. Słyszy:
- Sprawy domowe już cię nie interesują?!
Poszedł po odkurzacz, zaczął go rozkładać. Słyszy:
- To nie wiesz, że zaraz zaczyna się mój ulubiony serial?
Poszedł do kuchni z zamiarem, by w czymś żonie pomóc. Słyszy:
- Nie widzisz, że tu jest za mało miejsca dla nas dwojga?!
Ubrał się zatem, wyszedł cicho z domu, poszedł na podwórko. Gra z sąsiadami w szachy, kiedy w jego mieszkaniu otwiera się okno i żona wrzeszczy:
- Janusz?! Co ty myślisz, że w domu to nie ma nic do zrobienia?!


*****
Mąż postanowił umyć naczynia, żeby uszczęśliwić żonę. Ona widząc, że właśnie zabiera się za patelnię i usiłuje ją wyczyścić z przypalonego obiadu przy pomocy noża, wrzeszczy do niego:
- Nie skrob po teflonie!
Mąż się do niej odwraca i odpowiada również wrzaskiem:
- Sama jesteś poteflon!


*****
Policjant wraca późnym wieczorem do domu i mówi żonie:
- Napadła mnie banda chuliganów. Otoczyli mnie, zabrali portfel, zegarek...
- Nie miałeś ze sobą pistoletu?
- Oczywiście, że miałem, ale dobrze go ukryłem!


*****

Do pomocy społecznej zgłasza się kobieta w sprawie zasiłku na dzieci. Urzędnik ją wypytuje:
- Ile ma pani dzieci?
- Dziesięcioro.
- Imiona?
- Brajan, Brajan, Brajan, Brajan, Brajan, Brajan, Brajan, Brajan, Brajan i Brajan.
- Rany! To nie jest bez sensu?
- Wie pan, jakie to wygodne? Wystarczy zawołać: "Brajan, obiad" i wszyscy przybiegają.
- A jak chce pani zawołać konkretnego?
- To wtedy wołam po nazwisku.


*****
Żona mówi do męża: 
- Kochanie! Już niedługo będzie nas troje!!! 
- To najwspanialsza nowina jaką kiedykolwiek usłyszałem! - odpowiada mąż - Byłaś u lekarza? Wiadomo już jaka płeć? Synuś czy córeczka?! 
- Och głuptasku! Moi rodzice się rozwiedli i mamusia będzie mieszkać z nami..


*****
Siostra Przełożona udając się na poranne modlitwy, minęła po drodze dwie młode zakonnice, które właśnie z porannych modlitw wracały. Mijając, pozdrowiła je:
- Dzień dobry dziewczęta, niech Bóg będzie z Wami.
- Dzień dobry Siostro Przełożona, Bóg z Tobą.
Kiedy młódki oddalały się Siostra Przełożona usłyszała jak jedna z nich mówi:
- Chyba wstała ze złej strony łóżka.
Zaskoczyło to Siostrę Przełożoną, ale zdecydowała się nie zgłębiać tematu, poszła dalej. Idąc korytarzem spotkała dwie Siostry, które nauczały już w klasztorze od kilku lat. Po wymianie powitań (Dzień dobry, Bóg z Tobą/Wami...) Siostra Przełożona znowu odchodząc usłyszała jak jedna mówi do drugiej:
- Siostra Przełożona chyba wstała dziś nie z tej strony łóżka.
Zmieszana Siostra Przełożona zaczęła się zastanawiać czy może mówiła opryskliwie, albo jej spojrzenie było nie takie jak powinno... Rozmyślając tak podążała do kaplicy. Wtedy na schodach ujrzała Siostrę Marię, lekko przygłuchą, najstarszą zakonnicę w klasztorze. Siostra Maria pomalutku, schodek po schodku wchodziła na górę. Siostra Przełożona miała dużo czasu aby uśmiechnąć się i wyglądać na szczęśliwą, podczas pozdrawiania Siostry Marii.
- Siostro Mario, cieszę się że Cię widzę w ten piękny poranek. Będę się modliła do Boga, abyś miała dziś piękny dzień!
- Witam Cię Siostro Przełożona, i dziękuję. Widzę, że wstałaś dziś ze złej strony łóżka.
To stwierdzenie powaliło Siostrę Przełożoną na kolana.
- Siostro Mario, co ja takiego zrobiłam? Staram się być miła, a już trzeci raz dzisiaj słyszę, że wstałam nie tą stroną łóżka.
Siostra Maria zatrzymała się, spojrzała Siostrze Przełożonej w oczy i rzekła:
- Och, nie bierz tego do siebie, po prostu włożyłaś pantofle Ojca Michała...


Udanego weekendu!

środa, 4 października 2017

O Matce i Córce

Przeczytałam dziś na pewnym forum wątek zatytułowany "Moja matka". Pisze dziewczyna, lat trzydzieści. W wielkim skrócie, dziewczyna ma matkę i ojca, którzy od zawsze się nienawidzili, a to z powodu jej przyrodniego brata, o jedenaście lat starszego, którego matka zawsze broniła przed ojcem, który tego syna bardzo zawsze nienawidził i ustawiał po kątach, bo kradł, rozbijał się i ciągle rozrabiał. I ją nawet molestował jako dziewczynkę, ten brat, nie ojciec. A jak ona to powiedziała rodzicom, to ojciec mu bardzo wlał, a matka stanęła w obronie syna oczywiście, a nie w jej.  W każdym razie - idziemy dalej. Matka tak nienawidziła ojca, że wyjechała za granicę do pracy, aby zarobić na mieszkanie i się z nim rozwieść. Dziewczynka miała wtedy osiem lat. Matka przyjeżdżała co jakiś czas do domu, ale atmosfera była zawsze bardzo napięta. Kiedy jej brat skończył osiemnaście lat, ojciec pod nieobecność matki wyrzucił go z domu. Matka oczywiście zrobiła ojcu wielką awanturę i przysięgła sobie, że go zostawi, ale nie mogła sobie nazbierać na mieszkanie, bo za każdym razem, kiedy przyjeżdżała do Polski, wszystkie pieniądze trwoniła, bo spłacała długi brata i dawała mu duże kwoty. Po maturze dziewczyna wyjechałą również za granicę do pracy, ale wróciła i kupiła sobie kawalerkę do remontu. Połowę kwoty sfinansowała matka. Po czym się wprowadziła mówiąc, że to na chwilę, że jeszcze trochę zarobi i wyprowadzi się na swoje. Tymczasem, zamiast odkładać pieniądze, wciąż finansowała brata. Ich relacje bardzo się pogorszyły, przy czym dziewczyna dodaje, że bardzo tęskniła za matką, kiedy ta pracowała za granicą, że bardzo jej matki brakowało, ale że również miała żal o to, że nie miała normalnego dzieciństwa bo wychowanie bez matki było okropne. Dodaje, że z perspektywy czasu widzi, że matka wyjechałą do pracy po to by pomagać bratu, a zostawić ojca chciała w odwecie za to, jak on traktował jej syna.
Po jakimś czasie dziewczyna nie wytrzymała i wyrzuciła matkę z mieszkania. Bo dla matki zawsze brat był najważniejszy, że dla niego potrafiła wyjechać, a gdy ona płakała i prosiła, żeby nie jechała, to matka ją zbywała mówiąc, że to ostatni raz. No więc, wygoniła matke z domu. Nie widziały się od tego czasu, a teraz, po kilku latach matka przysłała jej list żądając zwrotu pieniędzy, które jej dała na mieszkanie, albo odda sprawę do sądu. Masakra! (słowa dziewczyny).
I dalej następuje opis, jak to ona biedna, ta dziewczyna, że nigdy tak naprawdę matki nie miała, że mama dla niej była zawsze jak koleżanka, że jak na przykład kiedyś przyszły z koleżanką bardzo pijane (na studiach już ) to matka po prostu położyła je spać, a rano ugotowała rosołku. Żadnej awantury, żadnego kazania, jak tak można, zero przekazania wartości moralnych. O bracie pisze, że go nienawidzi i nie chce go na oczy widzieć, bo ją molestował seksualnie, kiedy miała sześć lat i od tego czasu ojciec zaczął pąłać do niego nienawiścią, a matka zamiast uczynić tak jak ojciec, to go broniła i wybielała i jeszcze dawała mu pieniądze. Po czym jest długi elaborat o molestowaniu seksualnym i jaka to dla niej jest trauma na całe życie. I wyjazd matki także.
Mimo tego wszystkiego, było jej matki żal, myślała o niej, jak jej źle, czuła że nie powinna jej ranić bo już i tak wiele wycierpiała, a jednocześnie jest świadoma, że matka ją skrzywdziła, że nie tak powinna wychować swoje dzieci. Z drugiej strony, matka zabierała ją na spacery, miała czas na dziewczyńskie pogaduchy, przytulała i wysłuchiwała problemów, dawała odczuć matczyną miłość.
To tyle dziewczyna.
Oczywiście nakręceni czytelnicy wsłuchali się jedynie w wątek molestowania. A moją uwagę zwróciło co innego. Owszem, jej dzieciństwo nie wyglądało za ciekawie, owszem, została skrzywdzona i nikomu nie życzę takiego domu, a jednocześnie zdaję sobie sprawę, że tak przecież wygląda rzeczywistość wielu dzieci w dzisiejszych czasach. Ale wyczuwam, że to nie o tę krzywdę w tym wszystkim chodzi. Nienawidzi brata. Czy nie jest on jej przyrodnim bratem? Czyli nie jest synem jej ojca? Oczywiście dziewczyna nie pomyślała, że na zachowanie brata duży (w może jedyny) wpływ miało zachowanie jej ojca względem niego. Nie każdy potrafi zostać ojcem nie swojego dziecka. Nienawidzi brata, bo uważa, że matka go bardziej kocha niż ją. A czy zastanowiła się, co ona by zrobiła na matki miejscu? Patrzyłaby z cierpliwością, jak ktoś maltretuje jej dziecko? Biegłaby utulić córeczkę, która siedzi sobie na kanapie w pokoiku (sorry ale tak to wygląda z zewnątrz) czy raczej rzuciłaby się na pomoc temu, któremu dzieje się krzywda tu i teraz? Myślę, że powinna zadać sobie to pytanie jako matka (bo jest młodą matką), żeby choć w części zrozumieć. Brat, nawet jeśli zrobił w życiu złe rzeczy, to sam był wtedy jeszcze dzieckiem i na pewno nie tak należało się z nim obejść. Wyrzucono go z domu, nie miał gdzie mieszkać, za co żyć, a ona się dziwi matce, że chciała pomóc swemu dziecku? Sprawiedliwie, to nie znaczy równo.
Kiedy byłam mała, mieliśmy taką czytankę w drugiej chyba klasie podstawówki. "Czy Ci najmilszy", napisał ją Henryk Sienkiewicz. Nigdy nie zapomnę słów matki, która oddała ostatni grosz najmłodszemu synowi, nie dając nic pozostałym dwóm: "Błogosławieństwo moje wszystkim, ale dary temu jednemu, bom ja matka a on najbiedniejszy"
Jeszcze raz powtórzę - współczuję dzieciństwa i współczuję traumy, ale myślę także że jest ona rozpieszczoną córeczką tatusia, która nienawidzi brata za to, że dostał od mamy więcej uwagi i więcej pieniędzy. Których na dodatek brat nie musi zwracać. No cóż, brat nie wyrzucił matki z domu...


wtorek, 3 października 2017

Blog mi zdycha

To straszne, że ostatni raz napisałam coś dokładnie tydzień temu. To straszne, że jestem taka zarobiona, że nawet kokarda nie wystaje. To straszne, jak mi się nic nie chce, a tu i w domu i w pracy taki zapiernicz, a jeszcze mi zdrowie troche szwankuje, więc tym bardziej nic mi się nie chce. Muszę coś z tym zrobić, bo nie wytrzymam normalnie. Jakby mi czas coś zżerało codziennie po kawałku i nie mogę go nadgonić.
Dzisiaj krótki raport z minionego tygodnia.

Tak ostatnio wygląda życie Chłopa. Chłop je - Migusia na nim. Chłop telewizję ogląda - Migusia na nim. Chłop na komputerze coś tam robi - Migusia na nim. Dobrze, że jeszcze w kiblu się zamyka bo pewnie jeszcze srać by musiał z kotem :-)



A w ubiegły wtorek dostałam wielki bukiet kwiatów. I nawet nie z promocji. Kiedy wyraziłam zdziwienie, dostałam odpowiedź że to w ramach przeprosin. Że wrócił później z pracy i na badmintona się spóźniliśmy 10 minut. Bukiet podzieliłam na dwie części. Część pierwsza stoi na stole w kuchni. 


A część drugą sobie zaniosłam do sypialni. Szkoda, żeby się te róże zgubiły w gąszczu chryzantem.


A w niedzielę wieczorem, taki obrazek w sypialni. Mówłam, że tylko czekają żeby się przemycić. Tiggy bardzo lubi leżeć na wykładzinie. A Migusia na łóżku. 


Migula jak zwykle. 


A Tiguś też, jak zwykle. Czyli przynajmniej mam jednego kota, który i do zdjęcia zapozuje i do tego jeszcze fajnie na nim wygląda. 





A poza tym... Poza tym byłam w lesie "na grzybach", z czego będzie osobna notatka. A cały weekend spędziliśmy na budowaniu szaf i schowków, pomogła nam w tym Ikea, ale jest to cholerny pożeracz czasu, bo jak się tam wlezie to wyleźć nie można. Teraz już mamy wszystko poorganizowane jak należy. A jeszcze zdążyliśmy kupić śliczny żyrandol do sypialni, to już nie w Ikei, o taki:


I kupiłam sobie buty i torebkę i walizkę, bo Moi Drodzy, już za dwa tygodnie JEDZIEMY DO POLSKI!!! Pora narzeczonego rodzicom przedstawić. I sama nie wiem, czy się cieszę czy denerwuję.

wtorek, 26 września 2017

O urodzaju

Mam Ci ja jabłonkę. Małe drzewko, na którym było tyle jabłek, że obawiałam się że tego nie uniesie. Jabłka rosły coraz większe i cięższe, powoli zaczęły opadać na trawę. Już pod koniec sierpnia poszła więc pierwsza szarlotka, potem druga. Jabłek jakby wciąż przybywało. Codziennie znajdywałam jedno jabłko na ziemi. Podnosiłam, zanosiłam do domu, myłam i odkładałam do kosza z owocami. W minioną niedzielę tak bardzo pachniało jabłkami w kuchni... Zrobiłam ciasto jabłkowe. Mam bowiem nowy mikser to nie waham sie go używać. Było dobre, lekkie, ale zdjęć nie robiłam, bo to takie zwykłe ciasto, z jabłkami na wierzchu. Z tego przepisu.
Tydzień wcześniej obiecałam Chłopu ciasto ze śliwkami i jak tylko odpakowałam mikser, zadanie wykonałam. I muszę powiedzieć, że jak nie przepadam za ciastami owocowymi, to to ciasto dosłownie powalilo mnie swoją pysznością. Z tego przepisu.

Zrobiłam z połowy porcji, bo wydawało mi się, że miałam za mało śliwek. Widzę jednak, że z powodzeniem mogłam zrobić dużą blachę, a jakby śliwek zabrakło to dać jabłka, czy nawet mrożone jagody. Marcepanowe ciasto to jest dla mnie po prostu (po serniku) niebo w gębie.


A tak się obawiałam, że wyjdzie zakalec.



No cóż, z ciasta śliwkowego nie zostało nic, w niedzielę zostało upieczone wspomniane już ciasto jabłkowe, a wczoraj wieczorem dokonałam ogołocenia jabłonki. Bo jabłka zaczęły opadać, bo bałam się, że ślimaki zaczną je żreć, bo wydawało mi się, że już pora. Nie wiem, nigdy nie miałam jabłonki. Zrywałam je i zrywałam, wyszło pełne trzy plastikowe miski, takie wielkości zlewu kuchennego. Z tego jednego maleńkiego drzewka. 


To naprawdę małe drzewko, może mojej wysokości a wielka nie jestem. Czubek najwyższej gałęzi ma może metr siedemdziesiąt pięć. 


Spadnięte jabłka poszły do kosza z owocami w kuchni, zerwane włożyłam delikatnie do pudełka  w garażu. 


NIe wiem, czy zrobiłam dobrze, może powinnam je była zostawić na drzewie. Ale szkoda mi było, żeby opadły same, bo by się poobtłukały. Mój plan jest taki, że będą sobie w tym garażu aż się zje. Trochę pewnie też jeszcze dojrzeją, bo zaobserwowałam na tych przyniesionych do domu wcześniej, że z zielonych robią się żółte po tygodniu-dwóch i wtedy są smaczniejsze. Na drzewie by już pewnie nie zdążyły zżółknąć jak należy, słońca coraz mniej. 


Nie wiem co to są za jabłka. W takim stanie jak na zdjęciu są kwaśnawe choć miękkie. Jak zżółkną, robią się słodsze. Skórka jest gładka i bardzo nawoskowana. A ja myślałam, że oni tak jabłka do sklepów woskują, żeby ładnie wyglądały :-) Jak to się człowiek całe życie uczy.


Komu jabłuszko?



czwartek, 21 września 2017

Nowy mikser

Dzisiaj się chwalę. Zakupiłam sobie byłam nowy mikser. Stary wyrzuciłam, jak opróżniałam stary dom, Elektrolux to był, w Polsce kupiony, zwykły taki ręczny mikser z metalową miską na stojaku, który kręcił tą miskę w czasie kręcenia ciasta przez mikser. Ale silnik mi się w nim spalił, to musiałam wyrzucić. Przy okazji wyrzuciłam jeszcze cały robot kuchenny firmy Kenwood, który dużo mnie kosztował wiele lat temu i wiernie mi służył, ale plastikowe części popękały i część nie nadawała się już do użytku.
W miarę urządzania się w nowym domu zaczął mi doskwierać brak miksera. Robota nie za bardzo, bo mam całkiem przystojny zestaw Kenwood Triblade, w którym jest ręczny blender z kilkoma dostawkami, mała maszynka do siekania i ubijak do piany. Ale nijak tego nie można użyć do stworzenia zwykłego ciasta. Jedyne ciasta jakie mogłam skonstruować więc to kruche i bezy. A mi się marzy zwykły sernik, albo taki placek ze śliwkami na przykład. To w związku z tymi śliwkami, co je sobie z Yorkshire w niedzielę przywiozłam. No więc. Jak przywieźliśmy te śliwki i jabłka i ten rabarbar, to powiedziałam - kupuję mikser, będzie ciasto. Chłop na to jak na lato, bo pokażcie mi faceta, który słodkiego nie lubi. Już miałam wcześniej upatrzony, zwykły mikres ręczny, podobny do poprzedniego. Znalazłam gdzie można kupić najtaniej, weszłam jeszcze raz na stronę, patrzę a tam promocja. 50 % ceny. Co prawda z tą promocją to dwa razy taka cena jak ten co sobie go wcześniej wybrałam, ale jak nie kupić jak taka okazja?
No i wczoraj mi się w końcu udało go odebrać. No i mam. Tadam!


Nie jest to co prawda Kitchen Aid, ale myślę że na moje potrzeby w sam raz.


Metalowa, dość duża miska


Osłona przeciw chlapaniu


Trzy mieszadła i silikonowa szpatuła


Ale to nie wszystko, bo jest również malakser (chyba tak to się nazywa?) ze specjalnym ostrzem i zestawem trzech trących tarcz





Wyciskarka do cytrusów (nie wiem po co, tyle samo czasu zajmuje mi ręczne wyciśnięcie pomarańczy czy cytryny)


I szklany, ciężki blender.  




A całość razem wygląda tak:



Jestem pod wrażeniem. Poprzedni robot Kenwood, pomimo że dość sporo za niego dałam, wykonany był ze znacznie cienszego plastiku i blender był tez plastikowy. Tutaj wygląda to o wiele bardziej solidnie i jakoś tak lepiej wszystko klika ze sobą. Widać, technika posunęła się do przedu przez te dziesięć lat. A ja... chciałam mikser a mam all-in-one. Taka karma.
Żeby wypróbować, upiekłam małe ciasto ze śliwkami. Nie wiem jak smakuje, bo piekłam rano a teraz jestem w pracy, jak wrócę to spróbuję. Wyglądało mi w pewnym momencie na zakalec, ale zakalce chyba nie wyrastają? Już teraz jednak widzę, mikser średnio radzi sobie z połową porcji. No cóż, będziemy piekli ciasta normalnej wielkości :-)

Pozdrawiam.





poniedziałek, 18 września 2017

Kwiaty prawie jesienne

Weekend spędziliśmy w rodziców Chłopa w Yorkshire. Bardzo lubię tam jeździć, chociaż jest tam w domu przeraźliwie nudno, bo z matką się nie pogada, bo ma Alzheimera w coraz bardziej zaawansowanej postaci, a ojciec po prostu cieszy się naszą obecnością, bo to rozrywka dla niego i oderwanie od codzienności. Ale Yorkshire to przepiękna kraina, słynąca wrzosowisk (Yorkshire Moors), które o tej porze roku są jeszcze brunatne, ale za miesiąc-dwa będą całe pokryte fioletowym dywanem. Słynne Yorshire Dales natomiast to liczne wzgórza poprzecinane przepięknymi dolinami, a większość stanowi Park Narodowy. Zawsze wydaje mi się, że jest tam więcej pagórków niż w Szkocji, choć to nieprawda, ale takie ma się wrażenie jadąc samochodem, gdzie co chwili widzi się ostrzeżenie "Zwolnij, zmień bieg na niższy" i znak o nachyleniu 16% w górę lub w dół. Raj dla rowerzystów :-)
Jednak ostatni weekend nie był dla nas łaskawy, co chwilę padało i mżylo, tak apogoda w kratkę. Zamiast na plażę poszliśmy więc na zakupy, z których wróciliśmy z niczym, bo tak naprawdę nie chcieliśmy niczego kupić, ot tak tylko poszwędać się i pooglądać wystawy, żeby w domu cały czas nie siedzieć. W niedzielę po południu się jednak wypogodziło, ale już nie było czasu na spacerowanie, bo trzeba było wracać do domu. Zdążyłam jedka pochodzić sobie po pogrodzie, i pozaglądać we wszystkie zakamarki. Jeszcze jest kolorowo, jeszcze nie za bardzo jesiennie. Choć hortensje już zaczynają przejrzewać.


Róże jakieś słabe były w tym roku,



Szpaler hortensji 


A to nie wiem co, ale ma takie jagódki, które się robią później czarne.


A takie kwiatki mają.


Georginie (chyba bo na lelujach to się nie bardzo znam)


Ulubione miejsce przebywania muszek wszelakich.


Ornament ogrodowy. Musiałam mo oczko lewe przetrzeć, temu lwu, bo miał całe zasypane jakimś wapnem.


Ostrokrzew



I takie coś , co miałam w poprzednim domu jako drzewo, tutaj jest żywopłotem.


Jeszcze rośnie rabarbar. Yorkshire słynie z upraw rabarbaru. 


A tu właścicielka tego bloga zbierająca pałki rabarbarowe. No przecież jak coś rośnie to mu nie przepuszczę. 


W ogrodzie u Chłopa rodziców jest taki jeden zakątek, który ja nazywam dżunglą. Ukryty kawałek dzikości pomiędzy żywopłotem a płotem. Rosną tu wszystkie możliwe chwasty, łącznie. Jak zwykle, musiałam tam wleźć i co zobaczyłam? Prawie całkowicie opadnięte już drzewo śliwkowe z przepysznymi śliwkami. Wiele ich nie było, może z kilogram, tak samo jak jabłek na sąsiedniej jabłonce. Za to ziemia pod drzewami usłana była zgniłymi owocami. Ech... Zaniosłam dwie śliweczki pokazać ojcu, a on wybałuszył tylko oczy i spytał skąd to. Powiedziałam, że z drzewa w jego ogrodzie. Nie miał pojęcia, że ma tam jakies drzewa, ponieważ w dżunglę to on się nigdy nie zapuszcza, a ogrodnik robi mu tylko to co mu każą. Na zdjęciu poniżej widzicie, jakie śliwki na drzewie zostały, Tyle dobra zmarnowanego! Przywołałam natychmiast Chłopa z reklamówką i zerwaliśmy wszystkie ocalałe od spadnięcia jabłka i śliwki. Pyszne śliwki, w ubiegłym tygodniu kupiliśmy dokładnie takie same na targu i wszystkie pożarliśmy, bo takie dobre. Wyrwałam też cały rabarbar, bo inaczej to by się zmarnował. Z jabłek i śliwek będzie ciasto. Napiekę a potem zamrożę. W rabarbaru to jeszcze nie wiem. Może ciasto, może dżem. A może nalewka. La la la! Już się cieszę na to pieczenie. 


I jeszcze takie kwiatki, które nikt nie wie jak się nazywają. 



I najpiękniejsza w ogrodzie róża. 


A po drodze do domu kupiliśmy w przydrożnym straganie na farmie, takim, co to się samemu obsługuje i pieniążki wrzuca do skarbonki, wielką kapustę (będzie na gołąbki) i taki sam wielki kalafior (będzie zapiekany z serem). A potem będziemy to jedli przez dwa tygodnie i pierdzieli przez kolejne trzy.

Koniec.